Życie

Jesteśmy artystami

Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński? Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia? Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg was obdarzy? Dopiero gdy na te trzy pytania zgodnie odpowiedzieliśmy “chcemy”, gdy wszyscy wezwali Ducha Świętego, padły w liturgii słowa przysięgi małżeńskiej: Ja, Jakub, biorę ciebie, Magdaleno, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczą aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny i wszyscy święci. Pamiętam to tak, jakby to było dzisiaj: jak trząsł mi się głos ze wzruszenia, jak ściskało mnie w gardle, jak trzęsły mi się nogi, kiedy mówiłem te słowa. Nie chciałem pisać tego tekstu i publikować go w rocznicę ślubu. To byłoby zbyt proste, zbyt oczywiste. Moja żona napisała na swoim blogu tekst o…

Nie tęsknię za przeszłością

Jest takie chińskie przekleństwo: “Obyś żył w ciekawych czasach”, ale przecież czasy zawsze są ciekawe. Może więc raczej powinno się mówić: “Obyś miał ciekawe życie?” Kiedyś to ja miałem ciekawe życie, a teraz? No, właśnie… Co mam teraz? Swoją karierę zaczynałem jako dziennikarz. Byłem młody, niedoświadczony, ale miałem dużo szczęścia, a przy tym najlepszego szefa, o jakim mógłbym marzyć (jak zawsze ukłony dla Pana Andrzeja Jonasa, twórcy i redaktora naczelnego “The Warsaw Voice”). Do redakcji właściwie się wprosiłem. Po prostu przyszedłem i powiedziałem, że będę tam pracował. Niczego nie chciałem – przynosiłem teksty i albo się podobały, albo nie. Przychodziłem do redakcji i jakoś zostałem. W końcu zaczęto powierzać mi teksty o tematyce kryminalnej. To był awans po pisaniu depesz. A potem odszedł z pracy człowiek, który zajmował się działką polityczną, ja byłem na miejscu i, choć moje doświadczenie było wciąż niewielkie, zastąpiłem go, bo byłem pod ręką. Mogłem relacjonować gorącą…

Wojownicy, rycerze, żołnierze

Wybrałem się ostatnio na Stare Miasto. Jako że odbywał się tam akurat Marsz Świętości Życia, pełno było różnych grup religijnych, w tym grup czysto męskich. Spotkałem więc po drodze Wojowników Maryi, Żołnierzy Chrystusa, Rycerzy Jana Pawła II i jeszcze jakieś inne o podobnych nazwach, których już nie spamiętałem. Wcześniej zetknąłem się jeszcze z jakimiś modlitewnymi komandosami. I trochę mnie to zastanowiło. Kościół, choć decydują w nim głównie mężczyźni, od dawien dawna zdominowany w swej codzienności jest przez kobiety – to one stanowią większość wspólnot działających przy parafiach. Sam należę do Róży Różańcowej i panowie stanowią w niej zdecydowaną mniejszość, a ci, którzy są, to na ogół osoby starsze. Rozumiem więc, że na różne sposoby w pracy duszpasterskiej Kościół próbuje przyciągnąć mężczyzn. To, co mnie zastanawia, to militarny charakter tych propozycji. Czy mężczyzna musi znaczyć: wojownik, rycerz albo żołnierz? To wszystko są określenia, które kojarzą się z walką, wojną. Przyznam, że…

Wieża samotności

Miało być analitycznie na ważne i poważne tematy, a wyjdzie poważnie ale pamiętnikowo, choć w sumie tematy też istotne. No, ale przecież to jest blog, a istotą blogowania u jego początków było właśnie pisanie pamiętnika. Od dłuższego czasu czułem, że coś dzieje się nie tak. Od kryzysu do kryzysu. Od chandry do chandry. Co chwilę coś się sypało i nadal sypie. Brak motywacji. Nerwy. Smutek. Czasem zupełnie irracjonalny. Pewnego dnia do łez doprowadziły mnie zmywane sztućce. Nie pytajcie. Ja sam nie wiem, dlaczego i w jaki sposób, co było w nich lub w ich zmywaniu tak rozpaczliwego. Zapewne nie miały w ogóle związku z emocjami, które przejęły wtedy nade mną kontrolę poza jednym: rutynowa, nie wymagająca wysiłku intelektualnego i emocjonalnego czynność pozwoliła na ujawnienie się emocji, które we mnie z innego powodu buzowały. Postanowiłem skorzystać z pomocy specjalisty i zapisałem się do psychologa. Nie miałem oporów, choć wiem, że są…

Walentynki – święto szalonych

Ja wiem: Walentynki to święto miłości. Wiem, wiem, to komercja, zalew kiczu, amerykański kolonializm, a święty Walenty to patron chorych psychicznie i na epilepsję. Znam też ten argument, że kochać i okazywać to trzeba przez cały rok, a nie w ten jeden dzień. Ja to wszystko wiem. Ale ja zupełnie nie o tym chciałem dzisiaj. Nie będę opowiadał hagiografii świętego Walentego, patrona tego dnia. Nie będę cytował stosownego fragmentu I Listu św. Pawła do Koryntian ani czynił rozróżnień teologicznych między eros, agape, philia i caritas. Jeśli ktoś tego ciekawy, poradzi sobie – wszak “wujek Google naszym przyjacielem jest, a ciocia Wikipedia zawsze służy pomocą”. Podstawą związku – wybacz, Drogi Czytelniku, truizm – jest miłość. Bez niej niczego się nie zbuduje. To jasne. Miłość to decyzja, wybór i konsekwentne trwanie w nim. Nie – słowa, choć te są ważne, ale codzienne, czasem drobne, gesty, ale też i te większe. Gdy w…

Nie zabijaj dziecka

Gdy byłem małym dzieckiem, małem dużego (jak dla mnie) misia. Nazywał się Pampicio. To nie było wbrew pozorom imię. “Pam” to “pan”. “Picio” – “misio”. Pampicio. Pan Misio. Towarzyszył mi bardzo długo i byłem już sporym chłopakiem, gdy miś niespodziewanie dokonał żywota. Pies zeżarł mu głowę. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem następcę. On też nazywał się Pampicio. Ciężko kilka dni pracowałem, handlując książkami na ulicy, żeby na niego zarobić. Zaginął po kilku latach w boju przy okazji którejś z licznych moich przeprowadzek. Wtedy w moim, już dorosłym, życiu pojawił się kolejny miś. Oczywiście – Pampicio. To ten ze zdjęcia ilustracyjnego tego tekstu. Ten Pampicio jest ze mną do dziś. Teraz ku uciesze dziatwy, mówi swoim-moim głosem. Jest złośliwy, arogancki, zazdrosny, a gdy dzieci nie słyszą – bywa potwornie wulgarny. Czasem siedzi sobie na półce cicho, a czasami dopomina się uwagi, rozmowy i przytulania. Na pytanie “Co?” odpowiada niezmiennie “Jajco”, a…

Coś się kończy. Czy coś się zaczyna? Czas podsumowań

Koniec roku to – jak wiadomo – czas podsumowań i planów. Trudno od tego uciec. Ja nawet nie próbowałem. Ten kończący się właśnie rok zdecydowanie wymaga mojej refleksji. Dużo się działo. To był bardzo intensywny rok. Sporo było w nim doświadczeń trudnych, ale ich trudność nie zmienia faktu, że to był dobry rok. Jasne, wielu z tych przeżyć wolałbym uniknąć, gdyby to ode mnie zależało. Właściwie o każdym roku można tak powiedzieć – przynajmniej ja mogę. W tym tekście chcę więc podsumować ten umownie ograniczony okres życia i funkcjonowania bloga, a zarazem nakreślić czekające mnie wyzwania. Jako bloger nie mogę zrobić tego inaczej niż w formie tekstu, bo przecież zaprzeczyłbym sam sobie, prawda? Co się działo? Więzienie Nie ulega wątpliwości, że wydarzeniem szczególnie istotnym w 2018 roku był pobyt w więzieniu. Nie było to przeżycie aż tak straszne, jak się spodziewałem, w tym sensie, że obraz więzienia wykreowany przez literaturę,…

Na nowo uczę się pisać

Chwaliłem się jakiś czas temu, że na blogerskiej imprezie wygrałem piękne pióro wieczne Parker. Wrodzony talent sprawił, że niestety szybko je zgubiłem. Tak mnie to zmartwiło, że czym prędzej kupiłem sobie nowe, tym razem najtańsze, jakie było w sklepie. Kosztowało całe 6 złotych. Bardzo chciałem mieć jakiekolwiek, bo dotarło do mnie niedawno, że nie umiem pisać. Tak przywykłem do stukania w klawiaturę komputera albo dotykową smartfona czy tabletu, że okazuję się bezradny w zetknięciu z kartką papieru. Robiłem notatki długopisem i gryzmoliłem tak strasznie, że po kilku godzinach sam nie byłem w stanie odczytać tego, co zapisałem. Pióro wieczne wymusza większą staranność. Lubię czytać i czytam dużo. Spora część mojej pracy polega wszak właśnie na czytaniu. Dotarło do mnie jednak, że prawie wszystko czytam na ekranie komputera lub telefonu. Teksty krótsze i dłuższe, książki nawet – nie odrywam oczu od ekranu. Aż zacząłem zapominać, jak to jest – trzymać w dłoni…

Smak wykradzionych chwil

“Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz” – pisał wieki temu Jan Kochanowski. Obiecuję jednak, że ten tekst nie będzie formą profilaktyki zdrowotnej, a tym bardziej – wykładem z historii literatury ojczystej. Można bezpiecznie czytać dalej. Pamiętacie zapewne ze swojego życia chwile zakochania. Czasu spędzanego z tą drugą osobą jest zawsze zbyt mało, a ten, który ma się do dyspozycji, smakuje intensywnie. Lepiej dostrzegasz piękno; zapach jest bogatszy; każdy, choćby przypadkowy, dotyk odczuwasz mocniej. Wykradacie światu każde czułe słowo, każde miłosne spojrzenie, każdy pocałunek, każde przytulenie, każdą, nawet najbardziej niewinną, pieszczotę. A kiedy się nie widzicie, wracacie do tego, co udało się razem przeżyć, wspominacie, rozpamiętujecie – niczym bohater Marcela Prousta – smak magdalenek z dzieciństwa. Tęsknisz więc, czekasz z utęsknieniem, marzysz, by znów, by jak najszybciej przeżyć to ponownie. Im bliżej spotkania, tym silniejsze podekscytowanie i tym trudniej czekać. A gdy do spotkania już dochodzi,…

Opanowałem tę sztukę do perfekcji

Po ciężkiej nocy przychodzi ciężki dzień. Jak co noc. Jak co dzień. Tak jest i tak będzie. Tak ma być – najwyraźniej. Zasypiać w nieswoim łóżku jest ciężko. Są ludzie, którym przychodzi to bez trudu. Niestety, nie zaliczam się do nich. Przewracam się w nieswojej pościeli, szukając pozycji, w której umiałbym zasnąć. Przypominam sobie wszystkie sposoby, które kiedyś działały. Słowem kluczowym okazuje się “kiedyś”. W końcu zasypiam, lecz w środku nocy budzę się. Śni mi się coś głupiego i złego – to mój organizm sygnalizuje mi, że trzeba się wybudzić. Wstaję, kręcę się po nieswoim pokoju, nie zapalając światła. Mierzę poziom cukru, bo z niejasnych powodów trzecia w nocy to pora, gdy diabetycy na ogół mają hipoglikemię. Wypalam papierosa, grzebiąc w telefonie. Kładę się z powrotem i powtarzam rytuał mozolnego zasypiania. Nad ranem powtórka z rozrywki. Gdy za oknem jest jasno, wstaję. Papieros, kawa, do bólu nudne śniadanie. Powinienem popracować,…

Navigate