Zadziwiająca lekkość sądzenia

“Wredna suka!”, “Głupia kurwa!”, “Szmata!”, “Sam bym obił jej mordę!” – to tylko niewielka i delikatna próbka komentarzy, jakimi dzielni internetowi obrońcy dzieci obrzucili pewną kobietę. Jej były mąż zorganizował w sieci nagonkę na nią, wykorzystując swoje dziecko, możliwości sieci oraz ludzkie emocje do nakręcenia nagonki przeciwko byłej żonie, z którą toczy batalię sądową.

Nikt z komentujących nie zadał sobie trudu, by zweryfikować rzucane przez mężczyznę poważne oskarżenia. Chociaż wszystkie możliwe instytucje, które zgodnie z prawem badały tę sprawę, uznały te oskarżenia za niewiarygodne, internetowi komentatorzy bezkrytycznie przyjęli teorie spiskowe, jakoby całe miasto, co do jednego urzędnika, sprzysięgło się przeciwko jednemu aniołowi w ludzkiej skórze.

Aż w końcu ktoś jednak powiedział: Sprawdzam i sprawdził, a rzeczywistość okazała się bardziej złożona, mniej czarno-biała, zaś nakręcający nagonkę ojciec najwyraźniej z aniołem wspólnego ma niewiele. Nic bowiem nie słyszałem o aniołach bijących kobiety w ciąży. No, ale może coś mnie ominęło w kwestii aniołów?

Dla jasności: Nie rozstrzygam, jaka jest prawda w tej historii. Od tego są stosowne organy państwa. Zwracam tylko uwagę na fakt, że rzeczywistość rzadko jest czarno-biała, a na ogół nie tylko pełna odcieni szarości, ale i wielu różnych kolorów.

Pewien, ponoć opiniotwórczy, tygodnik napisał, że jedna pani powiedziała, że inny pan ją molestował. Nie wiadomo, jaka pani i jaki pan, bo owa pani chce być anonimowa, a i pana z nazwiska nie wymieni. Molestował czy nie, tygodnik nie przedstawił żadnych faktów możliwych do zweryfikowania. Zrobił to jednak tak, by jasno wskazać, kim miałby być ów pan. Internet się zagotował. “To skurwysyn!”, “Obciąć takiemu kutasa!”, “Łże-elita!”, “Nigdy go nie lubiłem!” – obelgi wylały się w komentarzach pod kolejnymi tekstami w kolejnych serwisach internetowych.

W kolejnym numerze ów, jakoby opiniotwórczy, tygodnik opisał historię nieco absurdalną, sugerując, iż ów pan jest narkomanem, uprawia seks pozamałżeński (czego reszta wzmożonego moralnie narodu nigdy, przenigdy wszak nie robi), w dodatku ów seks uprawia z użyciem rozmaitych gadżetów erotycznych, a szefowa jego partnerki od tego wymyślnego seksu nie płaci na czas czynszu za wynajem, co w oczywisty sposób tego pana pogrąża. Spora część opinii publicznej odwróciła więc biegun, stając w obronie oskarżonego pana i obrzucając błotem tygodnik. No, dobra, nie będę kłamał: tygodnika, redaktora naczelnego i autorów tekstu mi nie żal, taka prywata.

Trzeci numer tygodnika przyniósł trzeci odcinek historii. Tym razem znów o molestowaniu. I znów wypowiedzi anonimowej osoby, tyle że ta wskazała z nazwiska na pana, na którym i tak wszyscy już od dwóch tygodni wieszali psy. I znów opinia publiczna zmieniła opinię, wracając do lżenia owego pana, choć w gruncie rzeczy nadal wiemy niewiele.

Pamiętacie program Superniania? Cała Polska kochała Supernianię. Potem Dorota Zawadzka wystąpiła w reklamie, wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami” i poparła reformę posyłającą sześciolatki do szkół. To wystarczyło, żeby ją znienawidzić. Znienawidzić na tyle, żeby lżyć ją i cieszyć się, gdy jej dorosły syn z poważnymi zarzutami wylądował w areszcie. Internety zawyły z mściwej radości. Dorotę Zawadzką jest za co krytykować, ale – na litość boską – lżenie jej za przewiny dorosłego faceta? Serio?

Pamiętam czasy, gdy byłem bohaterem. Bywało, że pielgrzymowałem ze studia jednej stacji telewizyjnej do drugiej. Wszyscy chcieli mnie znać. Podziwiali. Potem przestali. Fakt, zasłużyłem sobie. Niezależnie od tego, na ile wiarygodne były niektóre z zarzutów, rozumiem reakcję ludzi, poza tym, co tu dużo kryć, byłem przecież winny. Jednego dnia jednak okazało się, że wszystkie moje zasługi zniknęły. Nie chodzi o to, że zmazałem je swoją winą, lecz o to, że po prostu wyparowały. Nagle okazało się, że przez dziesięć lat pracy nie zrobiłem niczego dobrego. A w ogóle to od dawna było widać, że jestem Żyd, złodziej, narkoman i pedofil. I zdradzam żonę. Nie szkodzi, że od blisko 20 lat żony nie mam.

Przypominam sobie wreszcie pewną młodą damę, która z rozpaczą i łzami w oczach prosiła o całą Polskę o pomoc w poszukiwaniu jej dziecka. Tego, które, jak się potem okazało, wyśliznęło jej się z kocyka. Dama siedzi obecnie w więzieniu. Wiem, pozostali bohaterowie, ze mną włącznie, nie chcieliby zapewne znaleźć się z ową damą w jednym zestawieniu.

Spróbujcie wyobrazić sobie sąd, który wysłuchuje tylko prokuratora i wydaje wyrok, nie czekając nawet na mowę obrońcy. Albo sąd, w którym sąsiedzi spierają się o miedzę, jeden z nich mówi: “to moja miedza”, a sąd wydaje wyrok, nie pozwalając jego oponentowi przedstawić argumentów przemawiających na jego korzyść.

Brzmi absurdalnie? Brzmi.

A przecież niemal codziennie sami właśnie tak postępujemy. Zadziwiająco łatwo wydajemy sądy. Nie weryfikujemy informacji, które do nas docierają przez media, nie zastanawiamy się, jakie nie docierają. Rozstrzygamy spór znając wersję tylko jednej z jego stron.

Z premedytacją używam formy “my”. Łatwo jest zasłonić się twierdzeniem, że “ja tak nie robię, to inni tak robią”. Nieprawda. Niestety. Sam też tak robię. Do dziś wstydzę się sytuacji sprzed lat, gdy powtórzyłem publicznie poważne oskarżenia kierowane pod adresem pewnego człowieka. Dodam, że, jak się okazało, były to oskarżenia fałszywe. Miałem jego numer telefonu, mogłem zadzwonić i zapytać. Nie zrobiłem tego. I nawet to, że publicznie go przeprosiłem, niewiele zmienia. Słów wypowiedzianych nie da się już cofnąć. Tych napisanych w internecie też się nie da. Nawet jeśli się je skasuje.

Navigate