Wszystko jest częścią Planu

Ostatni czas nie był dla mnie łatwy. Oj, nie był. Nie, nie dotknęły mnie żadne straszliwe życiowe dramaty, o których na ogół myślą ludzie. Nie cierpiałem głodu, moje choroby nie dawały mi się we znaki bardziej niż dotychczas, nie dotknęła mnie osobiście wojna ani śmierć, nie trafiłem do więzienia, a sytuacja materialna nie uległa nagłemu pogorszeniu, choć dobra też nie była. Z ludzkiego punktu widzenia – bez zmian, żadnych dramatów.

A jednak był to trudny czas. Czas, w którym nie czułem się blisko Pana Boga. Oczywiście, ja wiem, że to człowiek sam się od Niego oddala, przez swój bunt, przez swój grzech, przez zaniedbania. Czy miałem powody, by się na Pana Boga wkurzać? Skoro wkurzałem się, to znaczy, że miałem. A to, że te powody istniały jedynie w mojej głowie, to już osobna sprawa. Faktem jest jednak, że nie czułem Jego bliskości. I to jest stan okropny. Co gorsza, jest to stan, w którym łatwo się zapadać jak w bagnie. I jak w bagnie, im bardziej się człowiek szarpie, tym bardziej się zapada.

Nie chcę powiedzieć, że wszystko jest już ok. Nie. Nie jest. Coś jednak się zmieniło. Coś ważnego.

W trudnych chwilach można liczyć na przyjaciół. Wierzę, że to Pan Bóg ich przysyła. Stawia na drodze właściwych ludzi we właściwym czasie. Ale o tym za chwilę. W każdym razie – czułem już, że mam problem, kryzys i sam sobie z nim nie poradzę. Poprosiłem o pomoc ważną dla mnie osobę. Wysłuchała mnie i powiedziała, że nie umie mi odpowiedzieć na moje pytania. “Jedziemy do Rybna” – zarządziła i, nie pytając mnie o zdanie, zadzwoniła do sióstr, żeby zapowiedzieć nasz przyjazd.

 

 

rybno1

Byłem wcześniej raz w Rybnie i było to dla mnie bardzo duże przeżycie. To miejsce, w którym mieszkają Siostry Służebnice Bożego Miłosierdzia, jest szczególne. Tu jest moc. W tym skromnym budyneczku, w tym pięknym ogrodzie, w tej prostocie, skromności, w ubóstwie. Jest siła. I spokój. Cisza. Jest jakaś taka, trudna do wyjaśnienia, atmosfera do modlitwy. Ta prosta monstrancja, w której wystawiony jest Najświętszy Sakrament, to prościutkie drewniane tabernakulum.

Usiadłem z mądrą siostrą w ogrodzie i długo rozmawialiśmy. Długo, szczerze i otwarcie. Nie sądziłem, że będę kiedyś tak rozmawiał z zakonnicą. I o takich sprawach. To była naprawdę dobra rozmowa. Gdy próbowałem kluczyć, opowiadać na około, zagadywać temat, siostra upominała mnie, bym wrócił do meritum. I dużo, dużo mi “naprostowała w głowie”. Gdy już się żegnaliśmy, siostra podarowała mi książkę.

moc-uwielbienia

 

Chłonąłem tę książkę przez cały weekend. To był idealny prezent i idealna lektura na ten moment. Wspominałem już, że siostra jest mądra? Trafiła mnie celnie.

W największym skrócie: Pan Bóg kocha każdego człowieka i dla każdego ma plan. Jako że plan oparty jest na Bożej miłości, to jest dobry i ku dobru prowadzi. Czasem nie rozumiemy tego planu, nie umiemy go dostrzec. Kiedy dzieje się coś trudnego, bolesnego, buntujemy się. Zamiast prosić Pana Boga o zmianę naszej sytuacji, powinniśmy uwielbiać Go we wszystkim, co nas spotyka, za wszystko Mu dziękować, zwłaszcza wtedy, gdy to uwielbianie jest trudne. Pan Bóg nawet z tego, co wydaje nam się złe, potrafi wyprowadzić większe dobro.

Czytałem cały weekend, ale jeszcze ta książka nie zadziałała na mnie, jak należy. W niedzielę zostałem w domu. Nie byłem gotowy. Poniedziałek, bez wdawania się w szczegóły, był bardzo miły, bardzo przyjemny i te przyjemne przeżycia dotyczyły sfery religijnej. Aż przyszedł wieczór i wtedy tak po ludzku poczułem się, jakby mnie ktoś porządnie kopnął między nogi i napluł w twarz. Zdarzyło się coś, znów bez wdawania się w szczegóły, co zabolało jak cholera.

I teraz, Panie Boże, dajesz mi okazję sprawdzenia, czy umiem tak, jak czytałem w książce?” – pomyślałem. I postanowiłem, że właśnie będę umiał. Rano wstałem więc wcześnie i poszedłem do kościoła na mszę. I w tym momencie zobaczyłem, że do konfesjonału idzie ksiądz, którego wyjątkowo cenię jako spowiednika. “No, tu mnie, Panie Boże masz. Dałeś mi kopniaka w tyłek, żebym poszedł w końcu do kościoła i przyprowadzasz mi dobrego spowiednika pod sam nos. Dziękuję.” – powiedziałem pod nosem, kręcąc z uznaniem głową. I poszedłem do spowiedzi. Jako jedyny tego dnia. Tak, jakby ów spowiednik przyszedł specjalnie dla mnie. A po spowiedzi mogłem przystąpić do Komunii. I tak mnie Pan Bóg poprowadził właściwą drogą.

Czy to znaczy, że potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie? A skąd. W środę znów mi się oberwało życiowo. Tak konkretnie, między oczy. I za to oberwanie też Pani Bogu podziękowałem.

Navigate