Wiersze nowe

x

x

Do żony

Chciałbym napisać wiersz o Tobie,
chociaż pióro moje jest bardziej kruche niźli przelotne chmury,
a uśmiech mój jaśniejszy jest od moich słów.

Chciałbym porównać Ciebie do wszystkiego, co niesie radość.
Chciałbym porównać Ciebie do wszystkiego, co oznacza troskę pogodną.
Chciałbym porównać Ciebie do wszystkiego, co oznacza, że żyję.

Zwracam się do kwiatów, do drzewa, zwracam się do liści,
zwracam się do łagodnego szumu wiatru, aby użyczyły mi dokładności
i jednoznaczności w wyrażaniu swoich myśli.

Zwracam się do kamyczka polnego, aby nauczył mnie chwalić Cię milcząc.
Zwracam się do róży kwitnącej, aby wyręczyła mnie swoją urodą.
Zwracam się do wszystkiego, co śpiewa i raduje się.

Chciałbym uniknąć słów doniosłych i brzęczących.
Chciałbym uniknąć powiedzeń gładkich, wypowiedzianych przede mną.
Chciałbym, aby ten wiersz zmienił się w moje usta i oczy.

O, gdyby przemówiło światło, które budzi mnie rano.
O, gdyby przemówiły drogi, któreśmy przeszli razem.
O, gdyby przemówiły gołębie krwi naszej swoją rozumną czułością.

Mój wiersz codziennie podchodzi do Ciebie, onieśmielony.
Mój wiersz codziennie krąży w odległości wyciągniętej dłoni
i nie śmie wypowiedzieć siebie i czeka cierpliwie.

Napisałem o tobie wiersz

Napisałem o tobie wiersz.
Była zima.

Mróz kruszył dzwoniący śnieg.
Zawołałem drzewa.

Zawołałem liście i trawę.
Zawołałem zająca.

Zawołałem poziomki, czarne jagody,
Łodyżkę maliny.

Drzewa przebrałem w pachnącą jasność,
Żeby świeciła.

Jagodom dałem cierpkie zapachy,
Żeby milczały.

Wysoko zawiesiłem słońce i księżyc.
Ot tak, na przekór.

Powiedziałem — ten wiersz jest nie o mnie.
Nie widzę tam siebie.

Zgasły drzewa, Uście, jagody.
Zgasło wszystko.

Była zima.
Mróz kruszył dzwoniący śnieg.

Moja matka, która mieszka w chmurze

Moja matka, która mieszka w chmurze,
Mówi co dzień do mnie:
Dałam ci oczy — abyś mógł dojrzeć.
Dałam ci palce — abyś mógł szukać.
Dałam ci serce — abyś mógł wierzyć.
Dałam ci żonę — abyś mógł istnieć.

I ubiera co dzień żonę w strój owoców.
I ubiera co dzień żonę w strój gałęzi.
I ubiera co dzień żonę w strój wiatru.
W strój uśmiechu, w strój czułości nienazwanej.

Mówi matka, która mieszka w chmurze:
Oto owoc, oto gałąź, oto wiatr.
Oto liść, który w dłoniach moich rośnie,
Aby cień po tobie nadal trwał
W rozdzwonionych włosach syna.

I ubiera syna co dzień w strój mej krwi,
W strój czułości żony w gniazdach oczu,
I ubiera syna co dzień w strój mądrości,
W strój rozwagi, w strój doświadczeń doskonałych.

Moja matka, która mieszka w chmurze…

Pieśń o mieszkaniach

Moje pierwsze mieszkanie miało siedem okien.
Moje drugie mieszkanie miało dwie wilgotne szyby.
Trąba samograjka – kałamarzyk cienki.
Orzech rozśpiewany – mundurek uczniowski.
Serce niespokojne – księżyc na polanie.
Porzuciłem wszystko. Odszedłem na zawsze.

Moje trzecie mieszkanie spoglądało na malwy.
Moje czwarte mieszkanie: ogień i nadzieja.

Uliczki gdzieniebądź – słowa zbuntowane.
Popołudnia rzewne – kula i nadzieja.
Dobranoc, Mateńko – śpij, kochany Ojcze.
Porzuciłem wszystko. Odszedłem na zawsze.

Moje piąte mieszkanie: miłość i niepokój.
Moje piąte mieszkanie: chmury i uśmiechy.

Trąbka samograjka – jaśniejące główki.
Sny budzone krzykiem – koniki niesforne.
Niebo oczom bliskie – ciepło gwiazd łagodne.
Tego nie porzucę. Zostanę na zawsze.

A na chmurach uroczyście śnieg

A na chmurach uroczyście śnieg.
Góry kroczą z wolna — łąki w bieli
I wprawione nogi w wyścig, gdzie
Łąka umykając horyzontem ścieli
Pola i me narty, wiatr i niedzielę.

Wtedy wołam Ty wiesz
Twarz twą z wyobraźni.
Kocham oczy twoje siwe.
Jasno.

I na polu biało głos z daleka,
Zając list przyniesie skocznie.
Na sosnowym pniu odpocznę.
Czekam.

Rzeka po kolana lodem brzegi ścina.
Sosna zielenieje, wystraszona zimą.
Jeśli chcesz, to przyjdziesz, wstrzyma
Ciebie uśmiech i ta chęć dziecinna
Chyba wracać zawsze, iść bez powitania.

Wtedy porwie dnia mnie rozwichrzona grzywa,
Lepiej niż samolot z ziemi niespodzianie,
Gdy do warg mych kijków wiatr przywarł
Płozy znaczą ślady ślepo.

W mojej kieszeni

W mojej kieszeni – jelonek i gwiazda.
W mojej kieszeni – kolibry, gazela.

W moich włosach – pioruny i śniegi.
W moich włosach – niebo uśmiechnięte.

W moich dłoniach – kareta, bizony.
W moich dłoniach – piszczałki i skrzypce.

Gwiazda i jelonek, bizony, kolibry,
Śniegi, nawałnice, kareta, jabłonki.

Oto dziwy moje, oto skarby moje,
Które zdmuchnie wiatr.

Stro 1fy

Wtedy, gdy step był stepem, niebo paliło się tłusto
Dniepr ku brzegom się czołgał, jak usta ślepe ku ustom,
A ziemia wołanie roślin wchłaniała przestrzenią,
Wtedy było najsmutniej oczy otwierać zdziwieniem.

Ostry profil łodzi woda oślizgła rozpluska,
Naprzeciw zdyszanych wysp — zieleń i pustka.
Drobne krople piasku garściami wbij w ciało,
Niech skóra bronzem się syci, jak oczy dalą.

Na maszcie drzewa sztandar liściasty — słońce i błękit,
Zbliżaj młodość, nachylaj, śpiewaj słowami i dziękuj,
Dziękuj, że jesteś, że rośniesz, życia własnego przechodzień.
Krokami odmierzone lata wieją milczeniem i chłodem.

Navigate