Wiara

Sekielscy zasługują na nagrodę od polskiego Kościoła

Nie wiem, czy istnieje taka nagroda, ale jeśli nie, to należałoby ją ustanowić, choćby po to tylko, by przyznać ją ten jeden jedyny raz – nagroda za wybitne zasługi dla polskiego Kościoła. I tę nagrodę polscy biskupi powinni – wszyscy razem – wręczyć Tomaszowi i Markowi Sekielskim. Nie wiem, jakie intencje przyświecają braciom Sekielscym, nie siedzę wszak w ich głowach i sercach. Być może, jak twierdzą niektórzy, są oni zapiekłymi wrogami Kościoła, chcą go zniszczyć i zohydzić. Może, choć osobiście w to wątpię. Niezależnie jednak od tego, jakie są ich ewentualne intencje, wiem, jaką robotę dla Kościoła robią – dobrą i ważną. To nie dziennikarze tropiący afery takie jak z księżmi Kanią i Hajdaszem oraz biskupem Janiakiem, to nie ci, którzy domagają się wyjaśnienia win ks. Henryka Jankowskiego i inni, to nie ofiary domagające się sprawiedliwości, to nie ci, którzy na płotach kościołów wieszają dziecięce buciki – to nie oni…

Przekłuwanie balonika

W jednym z filmów o przygodach sławnego archeologia dr Henry’ego Waltona Jonesa Jr, zwanego Indiana Jones, zajmuje się on poszukiwaniem Świętego Graala, czyli legendarnego kielicha, z którego wedle przekazów miał pić Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Kielich ów przez twórców filmu obdarzony miał być magiczną mocą, zapewniając temu, kto się z niego napije, młodość oraz ratując życie. Graal ukryty został jednak wśród wielu innych kielichów. Napicie się z niewłaściwego oznaczało śmierć. Czarny charakter tej opowieści wybrał źle i zginął na miejscu. Dzielny archeolog długo przyglądał się zebranym kielichom, aż pośród wielu pięknych i bogato zdobionych dojrzał jeden prosty, skromny, wręcz ubogi. I to był dobry wybór. Oczywiście, Święty Graal to legenda, a przygodowy film to nie źródło teologiczne. Nie zmienia to jednak faktu, że autorzy scenariusza: Menno Meyes, Jeffrey Boam i sławny George Lucas wykazali się moim zdaniem całkiem niezłą teologiczną intuicją. Jednym z tekstów, które mnie niezwykle poruszają,…

Czas ciszy i czekania

Wielka Sobota to czas dla większości chrześcijan dziwny. Tak jakoś nie za bardzo wiadomo, co z nim zrobić i o co w nim chodzi. O Wielkim Czwartku czy Wielkim Piątku to wiemy niemal wszystko. Wielkanoc – to samo. A ta sobota to jakaś taka dziwna. Pan Jezus już umarł. Jego umęczone ciało leży w grobie. Sobota to czas rozpaczy, zawodu, strachu, wstydu, samotności. Kochali Go przecież. Mieli swoje wady, błądzili, ale kochali. Wiedzieli, co Go spotkało. Jak Go poniżano, jak bito, jak cierpiał niosąc krzyż przez miasto, jak boleśnie umarł. Nie ma Go. Odszedł. Ten, którego kochali, dla Którego porzucili całe swoje wcześniejsze życie. Wszystko się rozwaliło. Wszystko, co sobie uczniowie zbudowali, zwłaszcza w głowach. Marzenia legły w gruzach. A miało być tak pięknie! Mesjasz miał być, Król Izraela… No, pewnie naród miał pogodzić, wszystkie stronnictwa wzajemnie się zwalczające, na czele tego pogodzonego narodu miał stanąć do walki i pogonić…

Nie boję się śmierci, pragnę jej

Nie boję się śmierci. Nie piszę tego bynajmniej z okazji szalejącej obecnie wokół nas pandemii koronawirusa Covid-19, choć oczywiście jak większość zjawisk wzbudzających lęk skłania ona też do myślenia o sprawach eschatologicznych. Ba! Ja śmierci wręcz pragnę. Nie boję się śmierci, bo ona nie jest końcem, czy też – nie jest tylko końcem. Jest początkiem, czy też raczej – również początkiem. Jest końcem i początkiem. Końcem tego, co już znam, czyli życia doczesnego, a równocześnie – początkiem nowego etapu życia wiecznego, którego jeszcze nie znam. Jest przejściem do kolejnego etapu. Tylko i aż. Na ogół boimy się zmiany, bo nie wiemy, co nam ona przyniesie. Wielu boi się, że ta zmiana przyniesie pustkę, koniec. Ja wierzę, że nie. Nie tylko “non omnis moriar”, jak pisał poeta Horacy, nie tylko “nie wszystek umrę”, ale wręcz lepiej żył będę. Nie boję się śmierci, bo została pokonana. Po co mam bać się pokonanego?…

Bóg się zmienia

Czytałem sobie ostatnio książkę, którą ks. Przemek “Kawa” Kawecki napisał razem z Katarzyną Szkarpietowską “Kawa z Bogiem”. Jeden z rozdziałów opisuje bliską mi wizję Pana Boga jako kochającego Ojca, który nie chce, by Jego dzieci bały się Go, ale – by Mu ufały, kochały Go i chciały być z Nim blisko. Miło przeczytać u kogoś mądrzejszego coś, co pokrywa się z tym, o czym sam już tu na blogu pisałem. Zawsze to +100 do samozachwytu. Ego miło połechtane. Pisałem o tym kiedyś w tekście o sakramencie pojednania, w którym głównie skupiałem się na formułce “obraziłem Pana Boga następującymi grzechami”. http://spesalvi.firmovo.pl/Blog/2017/09/bog-ktory-strzela-focha/ Ale, uwierzcie, nie chodzi mi tym razem wcale o przechwałki, jak to mądrzejsi ode mnie piszą to, co ja pisałem, co miałoby niby świadczyć o mojej mądrości. Przyjemna to koncepcja, ale nie o nią jednak chodzi, a poza tym jest to koncepcja mocno zwodnicza. Czytając ten fragment u księdza “Kawy”…

Czas wielkiej tęsknoty

Adwent to czas czekania. Oczywiście – nie na narodziny Pana Jezusa. On już się narodził i drugi raz tego robić nie będzie. To czas czekania na paruzję, czyli na Jego powtórne przyjście. To, które oznaczać będzie Sąd Ostateczny, koniec tego świata, który znamy i początek nowego, lepszego. Adwent to też czas tęsknoty. Nie przeżywam Adwentu w tradycyjny sposób. Nie jestem fanem mszy roratnych. I wcale nie dlatego, że są tak wcześnie rano, bo budzę się na co dzień o takiej porze, że bez trudu mógłbym na nie chodzić. Ja po prostu nie jestem fanem wersji specjalnych. Dla mnie msza to msza – ważne jest niej to, że spotykamy się wtedy z Panem Jezusem, który za sprawą przeistoczenia jest wśród nas, którzy się gromadzimy wokół ołtarza. Wszelkie wersje specjalne budzą we mnie odruch dystansowania się, nieufność. W czym ta msza miałaby bowiem być lepsza od innych? Od samego początku Adwentu chodzę…

Wstyd mi za księży

Długo nic tu nie pisałem. Podobno to zły sygnał, gdy bloger pisze te słowa, ale one u mnie wracają co jakiś czas i nic na to nie poradzę. Przychodzą takie momenty, gdy nie jestem w stanie zmotywować się do pisania czy nagrywania. Gdybym traktował to jako pracę, pewnie zmuszałbym się, uznając to za swój obowiązek, ale Spesalvi to moja pasja, a nie moja praca, więc daję sobie prawo do przerw. Potem znienacka wraca chęć do pisania. Czasem coś mnie zachwyci, a czasem niemiłosiernie wkurzy. Tym razem zabrałem się za pisanie z tego drugiego powodu. Nie będę przez litość rozpisywał się na temat arcybiskupa generała Leszka Sławoja Flaszki Głodzia, bo właściwie chyba wszelkie słowa krytyki publicznie już padły, a i tak – jak zwykle – Kościół hierarchiczny nic w tej sprawie nie zrobi, przeczekując kilka miesięcy, aż metropolita gdański osiągnie wiek emerytalny. Pominę też kolejne wyskoki arcybiskupa Marka Zarazę Jędraszewskiego -…

Nie jest tak źle

Zauważyliście, że ostatnio prawie w ogóle nie piszę? Dobra, głupie pytanie. Wiadomo, że nie zauważyliście. Dlatego przecież od tej informacji zaczynam tekst. A zauważyliście, że nie nagrywam na Youtube? No, pewnie, że nie zauważyliście. Rosła mi lista pomysłów na teksty i filmy, ale nie byłem w stanie pisać ani nagrywać. Ta – że tak to ujmę – niemoc twórcza wzięła się ze smutku i wstydu. Ostatni czas to takie natężenie zasmucających i zawstydzających sytuacji związanych z Kościołem, moim Kościołem, z którym przecież tak mocno się identyfikuję, że nie mogłem znaleźć w sobie za grosz motywacji do pracy nad blogiem i vlogiem. Cały czas miałem bowiem poczucie, że powinienem wyjaśniać, dlaczego nie zgadzam się z czymś, co mówią, lubrobią lub czego nie mówią i nie robią nasi hierarchowie. To nie był kryzys wiary – w sensie wiary w Pana Boga, to nie był nawet kryzys religijności. To był raczej kryzys wiary…

Kara za wierność

Chcę Wam opowiedzieć dzisiaj historie – zmyślone, ale takie, które często się przecież zdarzają. Nie chciałem używać do tekstu historii autentycznych, ale i te doskonale obrazują problem, o którym musiałem po prostu tu napisać. A musiałem napisać, inaczej bym się udusił, o tym, jak mój Kościół karze ludzi za wierność, choć sam do niej na każdym kroku przecież wzywa. Historia Pani Barbary Pani Barbara miała męża. Doczekali się dwójki dzieci. Dziś mają po kilka lat. Mąż pani Barbary, odszedł od niej i od dzieci, bo poznał inną, młodszą i atrakcyjną fizycznie, kobietę, w której się zakochał. Pani Barbara bardzo to przeżyła. Była jednak atrakcyjna, choć mąż tego nie dostrzegał. Podobała się mężczyznom. Początkowo po odejściu męża zwątpiła w swoją kobiecość, ale zainteresowanie innych mężczyzn poprawiało jej nastrój. Choć była osobą wierzącą, a z wiarołomnym mężem łączył ją sakrament małżeństwa, rzuciła się w wir romansów. Za każdym razem odczuwała wyrzuty sumienia.…

Po co się spowiadam? – odcinek 8. vloga

Wiele osób pyta, po co mają się spowiadać, dlaczego mieliby mówić o swoich grzechach obcemu człowiekowi, który przecież święty sam nie jest. Dla wielu ludzi to jest wyjątkowo trudny sakrament, niezależnie nawet od tego, że czasem nosimy w sobie wspomnienie nieudanych spowiedzi i spotkań z nieudolnymi spowiednikami. Nie wiem, po co Ty masz się spowiadać, ale mogę opowiedzieć, po co sam to robię – dlaczego i co mi to daje. A daje mi to wiele. Nie wyobrażam sobie, jeśli mam być szczery, funkcjonowania bez spowiedzi. Zdecydowanie wolę określenie sakrament pojednania niż sakrament pokuty, bo, choć pokuta jest ważna, to właśnie pojednanie jest moim zdaniem sednem tego, co dzieje się w konfesjonale. https://www.youtube.com/watch?v=EEaIT4RPjSI

Navigate