W końcu zostaną puste kościoły…

Wielu księży wypowiada się ostatnio na temat protestów w ramach Strajku Kobiet, budując narrację, że oto tu my, chrześcijanie, a tam – pogaństwo. To wygodna narracja, ale fałszywa.

Wśród tych, którzy protestują, nie wszyscy domagają się aborcji na żądanie, ale nawet wśród tych najbardziej radykalnych, większość to zapewne osoby ochrzczone. Ci młodzi ludzie, którzy na ulicach krzyczą, że Kościół, biskupi, kler – wszyscy mają wypierdalać, jako oseski zostali ochrzczeni, jako dzieci przystąpili do I Komunii Świętej, a ci starsi – jako nastolatki byli też bierzmowani. A zdecydowana większość z nich przeszła cały proces szkolnej katechezy. To co najmniej 12 lat nauki religii.

Według badań IPSOS, prowadzonych od 2016 do 2018 roku, ok. 40 procent Polaków opowiadało się za pozostawieniem ustawy antyaborcyjnej bez zmian, ok. 30 procent chciało jej złagodzenia, a tylko kilkanaście procent opowiadało się za jej zaostrzeniem, czego domagali się hierarchowie i ściślej lub luźniej powiązane z Kościołem tzw. środowiska pro-life.

Od 1992 do 2016 roku CBOS regularnie pytał o stosunek Polaków do tzw. przesłanki embriopatologicznej, czyli o to, co środowiska pro-life nazywają aborcją eugeniczną. To właśnie tę przesłankę niedawno Trybunał Konstytucyjny uznał za niekonstytucyjną. Za jej pozostawieniem w tym okresie opowiadało się na przestrzeni czasu od 53 do nawet 71 procent badanych.

Z kolei w kwietniu 2019 roku ośrodek Kantar pytał Polaków o stosunek do legalizacji aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży. 58 procent respondentów popierało taki postulat, a 35 procent było mu przeciwnych.

Wedle różnych badań przytaczanych m.in. przez prof. Zbigniewa Lew-Starowicza, zaledwie 10% Polaków nie akceptuje seksu przed ślubem, choć Kościół sprzeciwia mu się stanowczo i uznaje za grzech ciężki. Podobnie tylko 12 procent, wedle badań CBOS, absolutnie nie akceptuje rozwodów, choć i tu nauczanie Kościoła jest jednoznaczne.

Już te badania pokazują na wyraźny rozdźwięk między deklaracjami wyznaniowymi Polaków a ich postawami. Choć większość rodaków deklaruje się jako katolicy, to ich poglądy dalekie są od nauczania Kościoła.

W 2007 roku Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego przeprowadził pogłębione badania, w których pytał katolików o konkretne dogmaty wiary, np. zmartwychwstanie Pana Jezusa, dogmat Trójcy Świętej, życie wieczne, obcowanie świętych, itp. Okazało się wówczas, iż spora część osób deklarujących wiarę katolicką w te dogmaty wcale nie wierzy.

Co ciekawe od tamtego czasu takie badanie nie zostało już powtórzona. Szkoda, bo byłaby to dobra diagnoza jakości szkolnej katechezy. O katechezie dorosłych nie wspominam, bo ta leży odłogiem i nie jest to żadną tajemnicą.

Lekcje religii wróciły do szkół w 1990 roku. Pokolenie dzisiejszych nastolatków, dwudziestolatków, trzydziestolatków, a nawet trzydziestoparolatków to ludzie, którzy przeszli pełny wymiar szkolnej katechezy. Kościół miał dwanaście lat, by nauczyć ich prawd wiary i przekonać ich do swojego nauczania. Obecne protesty pokazują jasno, że nie podołał temu zadaniu. Ba! Zawalił je całkowicie, zniechęcając ludzi do wiary, do religii.

Rozmawiałem niedawno z pewnym zakonnikiem, który od lat prowadzi rekolekcje na temat przeżywania Eucharystii. Opowiadał mi ze smutkiem, że ludzie nie rozumieją Mszy Świętej i nie potrafią jej przeżyć. Wcale mnie to nie zaskoczyło. Gdy nie tak dawno Fabian przygotowywał się do I Komunii Świętej, siostra katechetka kazała dzieciom wykuć na pamięć poszczególne fragmenty mszy i odpytywała ich z tego do skutku. Jakoś tylko nie wytłumaczyła im, po co właściwie w tej mszy uczestniczą i co tam się dzieje.

Fabian miał to szczęście, że w domu wyjaśniałem mu wszystko po kolei, dostosowując treść i formę do jego możliwości w danym momencie. Prostowałem też głupoty opowiadane w czasie szkolnej katechezy. Ot, na przykład któregoś dnia wrócił bardzo przygnębiony. Okazało się, że omawiali przypowieść o synu marnotrawnym. Siostra wyprowadziła z niej taki oto morał, że niedobrze jest wydawać pieniądze na swoje przyjemności. On zaś kilka dni wcześniej uzbierał sporą sumę pieniędzy i kupił za nie zestaw Lego i sądził, że w ten sposób zgrzeszył. Wyprowadziłem go oczywiście z błędu.

Ktoś powie, że to akurat argumentum ad agnetotum, ale wystarczy poczytać dostępne w sieci relacje młodych ludzi ze szkolnej katechezy, porozmawiać z nimi, by zobaczyć, że poziom tej katechezy, najdelikatniej ujmując, pozostawia wiele do życzenia i że jest to problem naprawdę powszechny.

Katecheza szkolna to coś, co od dawna szkodzi Kościołowi. Ja wiem, że armia katechetów do wykarmienia, że ZUSy, emerytury, pensje dla księży i tak dalej. Za to właśnie Kościół na własne życzenie sprzedaje rząd młodych dusz. I za iluzję – bo obawia się, że powrót do przyparafialnych salek katechetycznych, pomijając związane z tym koszty, pokaże dosadnie, jak niewiele osób chce w tej katechezie faktycznie uczestniczyć.

Zwalanie wszystkiego na katechezę byłoby jednak uproszczeniem. Myślę też o tzw. mszach z udziałem dzieci odprawianych co niedzielę w większości polskich parafii. W większości z nich jest to frycowe płacone przez nowych wikarych. Gdy w parafii nastaje nowy wikariusz, zrzuca się na niego ten obowiązek, a ów ksiądz czeka z utęsknieniem, aż pojawi się następca, by pozbyć się niechcianego obowiązku.

Jasne, za tym, że ludzie odwracają się od Kościoła, kryje się wiele powodów. Skandale obyczajowe, mariaż z polityką, klerykalizm, głupoty opowiadane przez wielu księży, w tym biskupów, rozdźwięk między nauczaniem a zachowaniem. Długo by wymieniać.

Efekt jest taki, że – jak wynika z najnowszych badań IBRiS – Kościołowi ufa zaledwie 39,5% badanych, czyli nie ufa mu spora część ludzi, którzy deklarują się jako katolicy. 35% deklaruje pozytywny stosunek do Kościoła, w tym zaledwie 16% – zdecydowanie pozytywny.

Czytając takie badania, nasi biskupi, tak na zdrowy rozum, powinni w ramach zebrania Episkopatu usiąść i powiedzieć sobie w swoim gronie: “Panowie, jest bardzo źle, a jeśli nic nie zrobimy, to będzie jeszcze gorzej”, a potem zrobić rzetelny rachunek sumienia, ustalić, co schrzanili i co jeszcze mają szansę naprawić. Problem w tym, że nie zanosi się na to, by mieli zamiar to zrobić.

I tu nie ma co pocieszać się zaklęciami w stylu: “liczy się jakość, a nie ilość”, bo katolicki znaczy powszechny. Pan Jezus mówił, że Kościół ma docierać do wszystkich. Jakość jest ważna, ale ilość, idąc tym tropem, też, bo chodzi o to, by ludzie poznali Dobrą Nowinę. Ich decyzją jest, co z nią zrobią. Kościół taki, jakim jest dzisiaj, nie głosi Dobrej Nowiny, ale jej karykaturę. Zamiast przyciągać ludzi do Pana Jezusa, odpycha ich od Niego. Kościół jako instytucja nie nawraca, ale gorszy. A co gorsza – nudzi.

Na szczęście Kościół to nie są księża i biskupi, nawet w połączeniu z innymi osobami konsekrowanymi. Kościół to każdy, kto do niego należy. I każdy z nas może, a nawet powinien, dawać swoim życiem świadectwo i tym świadectwem ewangelizować. Skoro nasi pasterze nas porzucili, to my, owieczki, musimy zadbać o siebie i o innych sami.

Autor

Navigate