umieranie

5 Posts Back Home

Nie boję się śmierci, pragnę jej

Nie boję się śmierci. Nie piszę tego bynajmniej z okazji szalejącej obecnie wokół nas pandemii koronawirusa Covid-19, choć oczywiście jak większość zjawisk wzbudzających lęk skłania ona też do myślenia o sprawach eschatologicznych. Ba! Ja śmierci wręcz pragnę. Nie boję się śmierci, bo ona nie jest końcem, czy też – nie jest tylko końcem. Jest początkiem, czy też raczej – również początkiem. Jest końcem i początkiem. Końcem tego, co już znam, czyli życia doczesnego, a równocześnie – początkiem nowego etapu życia wiecznego, którego jeszcze nie znam. Jest przejściem do kolejnego etapu. Tylko i aż. Na ogół boimy się zmiany, bo nie wiemy, co nam ona przyniesie. Wielu boi się, że ta zmiana przyniesie pustkę, koniec. Ja wierzę, że nie. Nie tylko “non omnis moriar”, jak pisał poeta Horacy, nie tylko “nie wszystek umrę”, ale wręcz lepiej żył będę. Nie boję się śmierci, bo została pokonana. Po co mam bać się pokonanego?…

Niebieski worek na śmieci

Szósta rano. Szpital jest cichy i sprawia wrażenie wyludnionego. Wychodzę przed budynek i zapalam papierosa. Coś przykuwa moją uwagę. Na ławeczce siedzi elegancko ubrana kobieta. Ma ciemne, zasłaniające pól twarzy, okulary, choć o tej porze słońce jeszcze nie świeci tak mocno, by były jej faktycznie potrzebne. Obok niej na ławeczce leży zawiązany niebieski worek na śmieci. Dyskretnie przyglądam się i nagle dostrzegam łzy spływające po sprawiającej wrażenie skamieniałej twarzy. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, co naprawdę widzę i obraz układa mi się w całość. W tym zwyczajnym niebieskim worku na śmieci spakowane są rzeczy kogoś jej bliskiego, kto właśnie tej nocy umarł w szpitalu. Kobieta nie szlocha. Patrzy jedynie bez ruchu w jakiś nieokreślony punkt przed nią i tylko w ciszy płyną jej łzy. Ktoś, kogo kochała, został właśnie zredukowany do niechlujnie zasupłanego worka na śmieci. Tak się złożyło, że tej nocy śnił mi się mój nieżyjący od…

Dwa pytania

Byłem ostatnio na świeckim pogrzebie. Nie, nie chcę tu snuć opowieści o tym, jak wygląda taka uroczystość, choć przyznam, że mimo całej mojej otwartości wydała mi się dziwna, a momentami wręcz nieco komiczna za sprawą prowadzącego ją mistrza ceremonii. Ale ja naprawdę nie o tym dzisiaj chciałem… W czasie uroczystości żegnano moją daleką krewną. Przeżyła blisko dziewięćdziesiąt lat, a żegnał ją między innymi jej ponad dziewięćdziesięcioletni mąż. W tym roku świętowaliby sześćdziesiątą piątą rocznicę ślubu. Wyobrażacie sobie? 65 lat? Ja jestem przed drugą rocznicą ślubu i czasem mam swojej żony dosyć. (A ona mnie zapewne też.) Ale i o tym też nie chcę dzisiaj pisać. Już po właściwej części uroczystości wszyscy przeszli na cmentarz i przy rodzinnym grobie czekali, aż grabarze złożą do niego trumnę i zamurują nagrobek. W wietrznej, zimnej i mokrej aurze w jednej grupce stali między innymi wdowiec oraz jego znajomi i przyjaciele, jak łatwo się domyślić – ludzie…

Dobre umieranie

To nie jest traktat filozoficzny, bo nie jestem filozofem. To nie jest też traktat teologiczny, bo nie jestem teologiem. To nie jest też objawienie eschatologiczne, bo nie jestem mistykiem. To są myśli faceta, który przeleżał kilka dni gapiąc się w ścianę i co jakiś czas przysypiając. Ku zaniepokojeniu mojej rodziny spędziłem ileś dni (nawet nie liczyłem), leżąc na łóżku. Wstawałem tyle, ile było absolutnie niezbędne. Momentami myślałem, że mam chandrę, doła, gotów byłem nawet rozważyć diagnozę stanu depresyjnego. Momentami z kolei wydawało mi się, że oszalałem. No, bo przecież to nie jest chyba do końca normalne – leżeć całymi dniami w łóżku i rozmyślać o śmierci; zastanawiać się, czy do kremacji zdejmują ze zmarłego ubranie; rozważać, czy da się pochować mnie tak, by ani o grosz nie przekroczyć kwoty zasiłku pogrzebowego; we śnie odprowadzać siebie samego do grobu. To był dobry czas. Tak, wiem, to brzmi dziwnie. [bctt tweet=”Czas jest cenny tylko…

Spieszcie się kochać ludzi…

Pewien mój znajomy, dla zmylenia nazwijmy go Leonem, chorował. Rak. Chorobę Leona widać było od razu. Co Wam będę opisywał. Każdy przecież wie, jak wygląda człowiek w trakcie leczenia onkologicznego. Przynajmniej – tak mniej więcej wie. Przynajmniej – zdaje każdemu się, że wie. Leon chorował, ale dzielnie i uparcie walczył z tym ścierwem, które – nie wiadomo dlaczego – w nim się zalęgło. Był pogodny, choć czasem spod tego uśmiechu wyzierało zmęczenie, smutek i strach. Lekarze nie dawali wielkich szans, ale przecież oni zawsze zakładają najgorsze scenariusze. Przecież trzeba mieć nadzieję, trzeba wierzyć, trzeba walczyć. No, to Leon miał nadzieję, Leon wierzył, Leon walczył. Czasami w przypływie szczerości coś mu się wyrwało o tym bólu, o zmęczeniu chorobą, o smutku, o strachu. Czasem złościł się na Pana Boga, czasem Go prosił, ale się od Niego nie odwracał. Czasami mu się o tym wszystkim wyrwało w rozmowie z nami, ale potem jakoś tak się…

Navigate