strach

7 Posts Back Home

Czas ciszy i czekania

Wielka Sobota to czas dla większości chrześcijan dziwny. Tak jakoś nie za bardzo wiadomo, co z nim zrobić i o co w nim chodzi. O Wielkim Czwartku czy Wielkim Piątku to wiemy niemal wszystko. Wielkanoc – to samo. A ta sobota to jakaś taka dziwna. Pan Jezus już umarł. Jego umęczone ciało leży w grobie. Sobota to czas rozpaczy, zawodu, strachu, wstydu, samotności. Kochali Go przecież. Mieli swoje wady, błądzili, ale kochali. Wiedzieli, co Go spotkało. Jak Go poniżano, jak bito, jak cierpiał niosąc krzyż przez miasto, jak boleśnie umarł. Nie ma Go. Odszedł. Ten, którego kochali, dla Którego porzucili całe swoje wcześniejsze życie. Wszystko się rozwaliło. Wszystko, co sobie uczniowie zbudowali, zwłaszcza w głowach. Marzenia legły w gruzach. A miało być tak pięknie! Mesjasz miał być, Król Izraela… No, pewnie naród miał pogodzić, wszystkie stronnictwa wzajemnie się zwalczające, na czele tego pogodzonego narodu miał stanąć do walki i pogonić…

Nie boję się śmierci, pragnę jej

Nie boję się śmierci. Nie piszę tego bynajmniej z okazji szalejącej obecnie wokół nas pandemii koronawirusa Covid-19, choć oczywiście jak większość zjawisk wzbudzających lęk skłania ona też do myślenia o sprawach eschatologicznych. Ba! Ja śmierci wręcz pragnę. Nie boję się śmierci, bo ona nie jest końcem, czy też – nie jest tylko końcem. Jest początkiem, czy też raczej – również początkiem. Jest końcem i początkiem. Końcem tego, co już znam, czyli życia doczesnego, a równocześnie – początkiem nowego etapu życia wiecznego, którego jeszcze nie znam. Jest przejściem do kolejnego etapu. Tylko i aż. Na ogół boimy się zmiany, bo nie wiemy, co nam ona przyniesie. Wielu boi się, że ta zmiana przyniesie pustkę, koniec. Ja wierzę, że nie. Nie tylko “non omnis moriar”, jak pisał poeta Horacy, nie tylko “nie wszystek umrę”, ale wręcz lepiej żył będę. Nie boję się śmierci, bo została pokonana. Po co mam bać się pokonanego?…

Wieża samotności

Miało być analitycznie na ważne i poważne tematy, a wyjdzie poważnie ale pamiętnikowo, choć w sumie tematy też istotne. No, ale przecież to jest blog, a istotą blogowania u jego początków było właśnie pisanie pamiętnika. Od dłuższego czasu czułem, że coś dzieje się nie tak. Od kryzysu do kryzysu. Od chandry do chandry. Co chwilę coś się sypało i nadal sypie. Brak motywacji. Nerwy. Smutek. Czasem zupełnie irracjonalny. Pewnego dnia do łez doprowadziły mnie zmywane sztućce. Nie pytajcie. Ja sam nie wiem, dlaczego i w jaki sposób, co było w nich lub w ich zmywaniu tak rozpaczliwego. Zapewne nie miały w ogóle związku z emocjami, które przejęły wtedy nade mną kontrolę poza jednym: rutynowa, nie wymagająca wysiłku intelektualnego i emocjonalnego czynność pozwoliła na ujawnienie się emocji, które we mnie z innego powodu buzowały. Postanowiłem skorzystać z pomocy specjalisty i zapisałem się do psychologa. Nie miałem oporów, choć wiem, że są…

Dwa pytania

Byłem ostatnio na świeckim pogrzebie. Nie, nie chcę tu snuć opowieści o tym, jak wygląda taka uroczystość, choć przyznam, że mimo całej mojej otwartości wydała mi się dziwna, a momentami wręcz nieco komiczna za sprawą prowadzącego ją mistrza ceremonii. Ale ja naprawdę nie o tym dzisiaj chciałem… W czasie uroczystości żegnano moją daleką krewną. Przeżyła blisko dziewięćdziesiąt lat, a żegnał ją między innymi jej ponad dziewięćdziesięcioletni mąż. W tym roku świętowaliby sześćdziesiątą piątą rocznicę ślubu. Wyobrażacie sobie? 65 lat? Ja jestem przed drugą rocznicą ślubu i czasem mam swojej żony dosyć. (A ona mnie zapewne też.) Ale i o tym też nie chcę dzisiaj pisać. Już po właściwej części uroczystości wszyscy przeszli na cmentarz i przy rodzinnym grobie czekali, aż grabarze złożą do niego trumnę i zamurują nagrobek. W wietrznej, zimnej i mokrej aurze w jednej grupce stali między innymi wdowiec oraz jego znajomi i przyjaciele, jak łatwo się domyślić – ludzie…

Wstydliwe sekrety i pochwała dzikiego kapitalizmu

Czasami lęk przed ujawnieniem zła, które popełniliśmy, ciąży bardziej niż samo zło, które mamy na sumieniu. Znam to bardzo dobrze – z własnego doświadczenia. Są takie fragmenty Ewangelii, które od dawna pracują w mojej głowie – czasem, dlatego że nie umiem ich zrozumieć, a czasem, bo wolałbym ich nie rozumieć. Dzisiejsza Liturgia Słowa przynosi jeden z tych, które łączą oba te elementy: Jezus powiedział do tłumów: Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło. Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma. Łk 8, 16-18 Wstydliwe sekrety Pamiętam czas, gdy paraliżował mnie strach. Wiedziałem już, że narozrabiałem…

Bo powiem tacie…

Młodszy Starszy miał wypadek na placu zabaw. Chłopiec, z którym się bawił, niechcący uderzył go niefortunnie patykiem w oko. Chłopiec sam przybiegł do mojej Mądrzejszej Połowy i był bardzo przejęty tym, co się stało. Mądrzejsza i Piękniejsza Połowa, nie mając pewności, że da radę wrócić sama z chłopcami do domu, powiedziała głośno naszym dzieciom, że wzywa mnie, czyli tatę, na pomoc. Chłopiec ze strachu zaczął płakać. Ostatecznie nic się Młodszemu Starszemu nie stało, a moja pomoc nie była potrzebna. Zastanowiła mnie jednak reakcja chłopca na słowa. W moim odczuciu świadczy ona jednoznacznie o tym, że wezwanie taty wywołuje w nim strach, czyli w jego domu rodzinnym tata jest kimś, kogo interwencji należy się bać – straszakiem. Dawniej w domach bywało tak, że udział ojca w wychowaniu dzieci ograniczał się właśnie do interwencji dyscyplinujących w przypadku rażących przewinień. Problemy mniejsze mama lub opiekunka rozwiązywały na bieżąco. Ojca powiadamiało się o sprawach naprawdę poważnych. Karząca ojcowska ręka wzbudzała w dzieciach…

Moja ludziofobia

Siedzę w autobusie. Otaczają mnie ludzie. Nie ma nawet wielkiego tłoku. Ale i tak jest ich za dużo, są za blisko. Wolałbym, by ich nie było. Ich obecność mnie drażni, niepokoi i fizycznie boli. Jestem wściekły, że musiałem wyjść z domu, że muszę znosić ich obecność, ale i o to, że w taki sposób ją odczuwam. Był czas, że nie wyobrażałem sobie funkcjonowania bez ludzi. Otaczał mnie niemal nieustająco ich tłum. Gdy nie było ich realnie, wirtualnie towarzyszyło mi około 3.000 znajomych na Facebooku. Większości z nich tak naprawdę nie znałem, ani tych realnych, ani tych wirtualnych. Mimo to lubiłem ich towarzystwo. Czułem się w tym tłumie jak ryba w wodzie. Spora część tych ludzi odwróciła się ode mnie z powodu moich powszechnie znanych win. Nie byli przecież moimi przyjaciółmi. Gdy przestali mnie podziwiać, do czego wszak mieli pełne prawo, po prostu zniknęli. To dla mnie zrozumiałe. Prawdę rzekłszy: całe szczęście, że…

Navigate