lifestyle

6 Posts Back Home

Czas podsumowań

Kończy się powoli 2013 rok. Mój 40. Czterdziesty. I ze wszystkich dotychczasowych czterdziestu – najgorszy. Żeby było jasne: na to, że zawaliło się to, co wiele lat z mozołem budowałem, solidnie sam zapracowałem. Pretensje o to mogę mieć tylko do siebie. Przychodzi taki czas, pewnie każdy z Was go w mniejszym czy większym stopniu doświadczył, gdy traci się poczucie sensu, a złych emocji zbiera się tyle, że odechciewa się wszystkiego; gdy poczucie żalu, głównie do samego siebie, staje się tak mocne, że rozlewa się żółcią na wszystko i wszystkich dookoła; gdy ten żal, lęk, poczucie winy, osamotnienie sprawiają, iż nawet pisać się już nie chce, a w głowie rodzi się chęć całkowitego wycofania się, odcięcia od ludzi. Ja tak miałem. I czasem miewam. Wiem, wiem: o tym nie powinno się pisać. Przeczytałem niedawno tekst o tym, o czym nie pisze się na blogach. Tak, pisanie o tym, że jest źle,…

Bariera niedotykalskiego

Oglądam czasem sobie filmy, słucham opowieści znajomych, obserwuję ludzi i nie mogę się nadziwić. Ale pewnie to ze mną coś jest nie tak. A może nie? Odkąd pamiętam, zawsze miałem w sobie barierę związaną z kontaktem fizycznym. Nie lubiłem, gdy ktoś ją przekraczał i pilnowałem, by samemu tego nie robić. Gesty związane z kontaktem fizycznym, takie jak głaskanie czy przytulanie zarezerwowane były dla osób i sytuacji, do których w moim odczuciu pasowały. Nawet w czasach mojej młodości, a to było mniej więcej wtedy, gdy ginęły mamuty, moi rówieśnicy nie mieli takich oporów jak ja, choć dziś granice, mam wrażenie, zanikają coraz bardziej. Czasami mam wrażenie, że jestem faktycznie jakimś dinozaurem. To, że dziewczyna siada chłopakowi na kolanach, który wcale nie jest jej chłopakiem, ot, przed chwilą się poznali, dziś wydaje się czymś niemal normalnym. Przygodny seks, ale i takie gesty jak całowanie się, przytulanie, rozmaite pieszczoty. Wydaje mi się, że…

Kazik, ja cię, kurwa, szanuję

Mam sąsiada. No, wiem, Każdy ma sąsiadów. Mało to oryginalne. Ale od czegoś musiałem zacząć. Kazik, mój sąsiad, jest nieco przygłuchy, a aparatu nosić nie lubi, więc trzeba do niego krzyczeć i – co gorsza – on sam krzyczy zamiast mówić, a głos i tak ma mocny. Kazik ma lat… cholera wie, pewnie pod siedemdziesiątkę. W zależności od pogody na nogach ma klapki lub gumofilce. Zawsze ubrany jest w te same spodnie i flanelową koszulę, która kiedyś była chyba koloru czerwonego. Na głowie zawsze ma mocno już wymęczoną przez czas czapeczkę z daszkiem. Kazik jest sąsiadem uczynnym. Kiedy wprowadziliśmy się do naszego domku, nie mieliśmy węgla, drewna, nie umieliśmy palić w piecu. Przywiózł taczką drewno, żebyśmy mogli napalić i przetrzymać pierwszą noc. Gdy odśnieżałem ścieżkę swoją węglową szuflą, Kazik przybiegł ze swoją wielgachną i bez słowa zaczął mi pomagać. Wiosną, gdy trawa urosła, Kazik przytargał kosiarkę i mówi: “Sąsiad, ja…

Niebo w gębie

W ubiegłym tygodniu miałem okazję być na imprezie “Kino od kuchni” organizowanej w warszawskim Multikinie przez Kuchnię+. Zacznę od narzekania. Nienawidzę “kwadransa akademickiego”. Jeśli na tego rodzaju imprezę zaprasza się ludzi na konkretną godzinę, to oczekuję, że impreza rozpocznie się punktualnie. Sorry. Kto się spóźni, wypad z baru. Won. Ten tzw. kwadrans akademicki to przejaw braku szacunku dla tych, którzy uszanowali organizatorów i przyszli punktualnie. To sprawiło, że siedziałem wkurzony, czekając blisko 30 minut, jako że kwadrans traktowany jest na ogół bardzo umownie. Byłem już bliski decyzji, że chromolę i wychodzę. Na szczęście w końcu na scenie pojawił się David Gabourian. Urodził się w Paryżu, mieszka w Warszawie. Jest propagatorem idei Slow Food, która działa na rzecz ochrony tradycyjnych produktów spożywczych i ich wytwórców. Promuje kulturę jedzenia, czyli celebrowanie i delektowanie się posiłkami zamiast szybkiego napełniania żołądków, zgodnie z zasadą “jeść dla przyjemności, a nie odżywiać się”. Tym razem promował głównie piekarniki…

Jestę burakię. Napiwki to zuo.

Przeczytałem w Natemat.pl wyznania kelnerów żalących się, że upowszechnienie się kart płatniczych sprawiło, iż klienci nie zostawiają napiwków. Klienci płacą kartą, nie nosza gotówki i biedni kelnerzy nie dostają tipów. Przeczytałem nie tylko tekst, ale i komentarza pod nim. No, i okazuje się, że jednak jestem śmierdzącym prowincją burakiem, bo popieram tych komentujących, którzy sprzeciwiają się idei napiwków jako takich. Idę do restauracji. Oczekuję, że dostanę smaczne, poprawnie przyrządzone jedzenie i zostanę kulturalnie obsłużony. Kelner łaski mi nie robi, tak jak nie robi mi jej kasjerka w sklepie spożywczym, która jakoś napiwku nie oczekuje. Obsługa klienta jest częścią usługi restauracji. Za tę usługę wyznaczona jest konkretna cena, podana w menu, czyli w ofercie handlowej, którą to cenę ja przyjmuję, zgodnie z Kodeksem cywilnym i dokonuję zakupu. Kiedy zamawiam danie, to w jego cenie są nie tylko koszty surowców potrzebnych do przyrządzenia, ale też czynsz, opłaty za media, koszt pracy kucharza,…

Domek na wsi

Całe życie mieszkałem w bloku w dużym mieście. Teraz przeniosłem się pod miasto, do małego domku. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielka będzie to zmiana. W bloku nie musiałem się martwić o ciepłą wodę. Odkręcałem kran i leciała. Nie musiałem martwić się o kanalizację. Spuszczałem wodę w kiblu i już. Brałem kąpiel, czy zmywałem, a woda potem znikała. Nie interesowało mnie, jak i dokąd. Gdy robiło się zimno, administracja włączała centralne ogrzewanie i po prostu kaloryfery zaczynały grzać. Wyrzucałem śmieci do zsypu i już. Wszystko robiło się samo, bez mojego udziału. A teraz przeprowadziłem się do, niedużego co prawda, domku. I nagle okazuje się, że nic nie jest tak proste, jak mi się wydawało. Wodę lepiej oszczędzać. Raz, że musi się nagrzać, więc może też zabraknąć. Dwa, że jak napełnię zbyt szybko zbiornik, to albo szambo wybije albo częściej będę musiał opróżniać, czyli więcej zapłacę. Jeśli nie napalę w piecu, to zmarznę.…

Navigate