Różaniec własnej roboty

Dawno, dawno temu różaniec kojarzył mi się, wstyd to dziś przyznać, głównie ze zdewociałą staruszką. Tak, wiem, to głupie. Wtedy tego jednak nie wiedziałem. Musiało upłynąć sporo wody w Wiśle, o ile to, co w niej płynie, można nazwać wodą, żebym docenił różaniec jako formę modlitwy oraz jako przedmiot wspierający w modlitewnym skupieniu.

Kiedy już doceniłem różaniec jako modlitwę, okazało się, że nie mogę jakoś poczuć dobrze jako narzędzia tego, który sobie kupiłem. W końcu uświadomiłem sobie, co mi w nim przeszkadzało. Wszystkie koraliki były w nim tej samej wielkości. Nie mogłem zamknąć oczu, nie mogłem trzymać różańca w kieszeni, nie mogłem skupić się na słowach modlitwy, bo musiałem pilnować liczby “zdrowasiek”, nie czując pod palcami różnicy.

O dziwo! Moją pierwszą myślą nie było: Muszę kupić odpowiedni różaniec, ale – Muszę sobie sam zrobić odpowiedni różaniec. Zacząłem więc szperać w internecie. Potem odwiedziłem sklep z koralikami. Mężczyzna w tym sklepie wzbudzał zainteresowanie, bo odwiedzały go głównie panie robiące własnoręcznie biżuterię, ale miało to swoją zaletę. Jak w sklepie motoryzacyjnym działa metoda “na blondynkę”, tak – okazało się – w sklepie z koralikami sprawdza się wersja “na początkującego, nic nie wiedzącego faceta”. Dzięki temu mogłem liczyć na pomoc i porady.

Pierwsze próby były nieudane. Stopniowo efekty moich prac zaczynały coraz bardziej przypominać różańce. Nadal jednak nie było to to, o co mi chodziło. Efekt był bowiem ładny, ale wciąż kiepski technicznie. Podpatrywałem, podpytywałem. Uczyłem się. Wciągnęło mnie. Dobieranie koralików do siebie, szukanie ich, wymyślanie pomysłów na udoskonalenia, przegrzebywanie niezliczonych pudełeczek w sklepie, by wyszperać w nich to, co ładne i niedrogie – to wszystko sprawiało mi wielką frajdę. Jak widać, robiłem zarówno pełne różańce, jak i dziesiątki.

Na zdjęciach są różańce, które sam wykonałem. Pewnie, nie są jeszcze perfekcyjne. Ale i tak je lubię. Niektóre z nich mają krzyżyki poświęcone, pochodzące ze starych uszkodzonych różańców. Inne – dopiero wymagają poświęcenia.

Rozdaję te różańce tym, którzy, jak mi się zdaje, ich potrzebują. Co ważne – potrzebują do modlenia się. Różaniec nie jest wszak magicznym amuletem na szczęście, a czynienie z niego talizmanu zaprzecza jego idei i – w moim odczuciu – stanowi grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu.

Navigate