Przepracowane dzieci

Ci z nas, którzy pracują na etacie, mają czterdziestogodzinny tydzień pracy. Jeśli pracodawca chce, byśmy pracowali dłużej, musi nam za to dodatkowo zapłacić. Kończymy pracę, wracamy do domu, możemy zająć się rodziną, odpocząć. Dzieci tak dobrze nie mają.

Fabian, nasz jedenastolatek, jako uczeń szóstej klasy ma 28 godzin lekcyjnych tygodniowo. Co ciekawe: pensum nauczyciela to 18 godzin lekcyjnych. Dziecko ma zatem więcej lekcji niż dorosły nauczyciel. W starszych klasach i w szkole średniej uczniowie mają oczywiście jeszcze więcej lekcji.

W odróżnieniu od nas, dorosłych, dzieci muszą jednak swoją pracę, bo przecież nauka w szkole to praca i to bardzo wyczerpująca, przynosić do domu. Nauczyciele zadają prace domowe, każdy wedle własnego uznania, nie porozumiewając się między sobą, bo przecież każdy z nich uważa swój przedmiot za najważniejszy.

Do tego dochodzą sprawdziany i kartkówki, których pojawia się coraz więcej, bo nauczyciele nie mają czasu na przepytywanie w trakcie lekcji. Do kartkówek i sprawdzianów uczniowie muszą, niezależnie od bieżących prac domowych, powtarzać materiał.

W efekcie przeciętny uczeń po powrocie ze szkoły spędza jeszcze kilka godzin w domu na nauce, czyli dalej pracuje. Gdy nasz dorosły pracodawca zmusza nas do zabierania pracy do domu, buntujemy się i uważamy to za nadużycie. Gdy spotyka to dzieci, uważamy to za coś zupełnie normalnego.

Mówimy, że przecież my też tak mieliśmy i przeżyliśmy. Oczywiście, że przeżyliśmy, ale czy to świadczy o tym, że było to dobre i w ogóle potrzebne? To, że kiedyś coś robiono, to argument dość słaby. Dawniej wierzono, że ranę należy zakleić papką zrobioną z chleba, śliny i pajęczyny. Dziś jednak stosujemy raczej inne opatrunki i jakoś nikt z nas raczej nie chciałby wrócić do dawnej metody.

Prace domowe w takim zakresie, jaki mamy dzisiaj, ale i te ciągłe kartkówki i sprawdziany są pokłosiem przeładowanego programu nauczania. W dobie internetu, dostępu do wiedzy w każdej chwili i w każdym niemal miejscu oczekujemy od dzieci, że wykują wszystko na pamięć, że muszą znać biografię każdego poety, historię każdej bitwy, budowę i sposób rozmnażania się pantofelka. Uczą się więc tego, zakuwają, zdają i zapominają, ale – co pokazują badania – nie potrafią szukać wiedzy w internecie.

Nic się nie zmieni, dopóki my, rodzice, nie zmienimy sposobu myślenia i nie zaczniemy naciskać na szkołę, ale i na edukacyjnych decydentów, żądając zmiany. A ta zmiana naszym dzieciom się po prostu należy – inaczej niż premie ministrom.

Autor

Navigate