Powrót do szkoły – ale po co?

Nowy rok szkolny za pasem, a ja nic nie wiem. Rząd twierdzi, że wszystko jest super, dzieci mogą bezpiecznie wrócić do szkoły, a jeśli nie – to niech decyduje dyrektor. Zaglądam na stronę naszej podstawówki, a tam pan dyrektor życzy wszystkim udanych wakacji. Super.

Czy dzieci wrócą normalnie? Będą musiały nosić maseczki? A może będzie system zmianowy? Albo hybrydowy? A może w ogóle zdalna edukacja? Czy świetlica będzie działała? Co z obiadami w szkolnej stołówce? A apel na inaugurację roku szkolnego? Amba. Nie wiadomo. Udanych wakacji życzy pan dyrektor.

Uczciwie przyznam, że niespecjalnie cenię dyrektora naszej szkoły, ale tym razem nawet tak bardzo go nie winię. Zapewne sam niewiele wie. Ministerstwo oświaty już o to zadbało, żeby był bałagan. To potrafią. Ale ja nawet nie o tym chciałem, choć pomarudzić zawsze fajnie.

Te kilka miesięcy tak zwanej zdalnej edukacji dały się nam mocno we znaki, jak większości rodziców. Pokazały jednocześnie, jak bardzo niepotrzebna, a nawet szkodliwa jest szkoła w jej obecnym kształcie oraz jak bardzo niepotrzebni i szkodliwi są nauczyciele funkcjonujący tak, jak to miało miejsce do tej pory.

Dla jasności: wiem, że jest wielu fajnych nauczycieli, którzy przykładali się do pracy, wykazywali kreatywnością, otwartością, empatią i uczyli, jak wykorzystać nowe technologie, jak zachęcić dzieci do tej nieplanowanej i trudnej przygody.

Cóż, nasi tak nie działali. Przysyłali dzieciom informację, co z podręcznika mają przyswoić oraz listę zadań do wykonania. Jedna, słownie jedna, nauczycielka po otrzymaniu mailem tych zadań odsyłała szczegółowe omówienie i poprawione błędy. Pozostali po prostu dziękowali za przesłanie pracy. A i to nie wszyscy.

Skoro dzieci mogły (pomijam na ile to było efektywne) uczyć się same z podręcznika albo filmików na YouTube, to właściwie po co im nauczyciel? Żeby podał listę ćwiczeń do wykonania i wyegzekwował to? Do tego trzeba kończyć studia przedmiotowe ze specjalizacją pedagogiczną? Materiał dziecko miało opanować samodzielnie lub z pomocą rodzica. No, to po co płacić nauczycielowi? Ćwiczenia też mogę sam zadać i sprawdzić, czy są zrobione. Zresztą, i tak sprawdzałem, żeby móc wysłać nauczycielowi.

W teorii szkoła pełni funkcję dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą. Przez ostatnie miesięcy nie pełniła żadnej z nich. Wiele wskazuje na to, że ten stan się utrzyma. Już wiele placówek zapowiada działanie w trybie zmianowym albo zamknięcie świetlic bądź ograniczenie ich pracy tylko do klas 1-3. Pozazdrościć rodzicom, którzy nie mogą pracować w domu. Istnieje przy tym duże prawdopodobieństwo, że o ile zaczniemy rok szkolny “normalnie”, by rząd mógł się tym pochwalić, to bardzo szybko przyjdzie nam wrócić do edukacji zdalnej, czyli ciężar nauczania znów spadnie na rodziców i dzieci, które będą nauczać się same. O funkcji wychowawczej trudno mówić, gdy dzieci nie ma w szkole.

Tak sobie myślę, że skoro szkoła niespecjalnie pomaga, to mogłaby przynajmniej nie przeszkadzać. Skoro więc i tak pewnie wrócimy dość szybko do zdalnej edukacji, to może warto rozwiązać to inaczej niż to wyglądało dotychczas?

Wyobrażam sobie, że resort oświaty mógłby przygotować napisane ludzkim językiem wskazówki dla rodziców, określające, co dziecko musi opanować w ciągu roku szkolnego. Do tego można, choćby na platformie e-podręczniki, udostępnić materiały edukacyjne – zarówno wyjaśniające zagadnienia, jak i sprawdzające przyswojoną wiedzę. Materiały te mogą, ale nie muszą być wsparciem dla rodziców. Już dziś mamy przecież działający system edukacji domowej, w którym rodzice, jeśli chcą, sami określają sposób pracy z dziećmi. I to się świetnie sprawdza.

Oczywiście to nie może być obowiązkowe, bo nie każdy rodzic może poświęcić się w pełni pracy z dziećmi. Ale może w przypadku pozostałych warto jednak zweryfikować podstawy programowe, a przynajmniej zalecić nauczycielom, by wymagali tego minimum, ale w miarę możliwości przekazywali więcej?

Mamy za sobą miesiące edukacji zdalnej, więc warto z tych doświadczeń wyciągnąć wnioski. Prawda jest taka, że ten materiał, który nauczyciele podobno “przerobili”, wcale nie został omówiony i dzieci go nie miały szans przyswoić. Warto więc zrobić mniej, ale za to dobrze, a więcej energii poświęcić na rozwijanie pasji dzieciaków, na zachęcanie ich do odkrywania radości z samodzielnego uczenia się.

A przy okazji: w ten sposób można też pokierować dzieci do pozacyfrowych źródeł wiedzy, żebyśmy nie przypłacili pandemii koronawirusa epidemią cyberuzależnień.

Autor

Navigate