Pierwsze zakupy dla dzieci

Jeśli masz już dzieci, to na pewno pamiętasz swoje pierwsze zakupy robione z myślą o Twoim dziecku. Pierwsze elementy wyprawki dla tego małego człowieka, który lada moment ma pojawić się w Twoim życiu. Trudno to doświadczenie zapomnieć.

Ja też pamiętam. Było to co prawda w minionym stuleciu, wszak moja pierworodna córka oraz mój niepierworodny syn są już dorośli, ale pamiętam i tak.

Czekanie na pojawienie się tego nowego człowieka to cała mieszanka emocji. Podekscytowanie, ale i niepewność. Radość, ale i strach. To różne codzienne drobiazgi, które te skrajne uczucia jeszcze dodatkowo wzmagają.

Idziesz i oglądasz to wszystko w sklepie, a to jest takie małe. Tak rozczulająco małe. Tak przerażająco małe. Przerażająco, bo uświadamiasz sobie, jak mała i krucha istota zostaje Ci powierzona. Dociera do Ciebie, jaką odpowiedzialność na siebie bierzesz. A co, jeśli nie podołasz?

Pisałem już o tym, że przy moich dzieciach, gdy były małe, nie zdałem egzaminu na Tatę. Teraz, tak jak umiem, staram się to nadrabiać, ale ze świadomością, że nie cofnę czasu i tak naprawdę nie mogę naprawić błędów popełnionych na tamtym egzaminie.

Mogę teraz zdawać egzamin na nowo, ale to już nie jest, i z natury rzeczy, nie może być, ten sam egzamin. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Może egzamin nie jest ten same, ale nadal jest ważny, najważniejszy. Nie oddam moim dzieciom tego, czego nie dałem im wtedy, gdy dać powinienem; teraz mogę dać im, ale coś zupełnie innego. Ważnego, ale innego. Mam nadzieję, że mi się to uda, udaje.

Pisałem też w tym samym tekście o drugiej szansie, którą dał mi Pan Bóg. Razem z Przyszłą Mądrzejszą Połową dostaję wszak w pakiecie dwóch fajnych chłopaków – to jest właśnie ta moja druga szansa. Nie, to nie oznacza, że mogę zaniedbać swoje dorosłe dzieci, bo one przecież są ważne, bardzo ważne.

To jest moja druga szansa na to, by przeżyć to, czego przez własną głupotę nie przeżyłem, by rzeczywiście towarzyszyć we wzrastaniu.

Teraz Przyszła Mądrzejsza Połowa i chłopcy mają przyjechać na dwa tygodnie. To oznaczało konieczność poczynienia pewnych zakupów. Poszedłem do sklepu kupić kapcie. Nawet do kilku sklepów. Łaziłem, oglądałem, porównywałem, radziłem się pani ekspedientki, która znosiła to z wyrozumiałością, uznając widać, że trzeba pomóc bezradnemu facetowi, no, bo “faceci tak mają”. Przecież nie będę prostował i opowiadał jej historii mojego życia. Konsultowałem z Przyszłą Mądrzejszą Połową, wysyłając jej ze smartfona fotki butów.

W końcu kupiłem. Pierwszy zakup dla moich, naszych dzieci. No, dobra, konkretnie to dla jednego, bo dla starszego akurat kapci nie było. Tego rozmiaru niestety nie dowieźli. Potem w innym sklepie kupowałem gąbki do kąpieli, kubki do mycia zębów, mydło dziecięce. Kupiłem też chińczyka i warcaby, żebyśmy mogli całą rodziną grać wspólnie. Taką mam wizję, może utopijną, że będziemy bawić się w czwórkę.

Szedłem z tego sklepu, niosąc z wielką dumą poczynione dopiero co przez siebie zakupy i jarałem się nimi jak kukła premiera na manifestacji górników.

To było bardzo ekscytujące przeżycie. Nieco frustrujące, bo już nie pamiętałem, jak się robi takie zakupy. Stawałem przed regałem sklepowym i nie umiałem wybrać. Spokojnie, nauczę się. Wszystkiego się nauczę. Ekscytujące, bo uświadomiło mi, że to już. To już, już zaraz, chłopcy przyjadą. To już, już… i oni pojawią się w moim życiu, a ja w ich.

Przypomniało mi się czekanie na moje dzieci. To było oczywiście inne czekanie. Raz, że ja bylem młodszy, z innym bagażem doświadczeń; dwa, że wtedy czekałem na poród. Teraz jestem starszy, świadomy swoich błędów, no i i czekam nie na noworodki, tylko na sześcio- i trzylatka.

Kupione rzeczy nie były może tak małe jak wyprawka dla noworodka, ale z perspektywy dorosłego faceta i tak malutkie. Jest w tym niezwykła tajemnica. Tajemnica małego człowieka. Małego człowieka. Nie kandydata na człowieka, ale po prostu człowieka, idąc tak tropem myśli Janusza Korczaka.

Małego człowieka, za którym trzeba nadążyć. Nie – pochylić się, bo to patrzenie z góry, ale kucnąć – wejść w jego świat, zrozumieć, podążyć za nim. Nie przed nim.

Moja Mama, niech jej za to Pan Bóg w dobrej Synowej wynagrodzi, powtarzała mi często wymyśloną przez nią teorię gumy od majtek. Rodzic nie ma ciągnąć dziecka za sobą. Ma iść krok, może kilka kroków za nim. Pozwolić małemu człowiekowi poznawać świat, doświadczać go, czasem przy tym wywalić się albo walnąć głową w ścianę. Rodzic ma iść z tyłu i trzymać to swoje dziecko na gumie od majtek, żeby w razie, gdyby ten mały człowiek wpadał w przepaść, złapać go i nie pozwolić, by spadł.

Tyle myśli kłębi się w mojej głowie, gdy tak patrzę na te drobne, niby pozbawione wartości, kupione przeze mnie przedmioty. Tyle wyzwań przede mną. Tyle radości i tyle trosk. Tyle euforii i tyle lęków. Tyle odpowiedzialności i tyle pytań. Moje życie przewróci się do góry nogami.

Klasyk powiedziałby tak: Morza nie ma, ale i tak będzie zajebiście.

Navigate