Oceny nie są ważne, ale powinny być

Pewien nauczyciel fizyki wystawił we wrześniu wszystkim swoim uczniom szóstki na koniec roku, aby uwolnić ich od presją na zdobywanie ocen i zainteresować swoim przedmiotem. Rozumiem intencje, ale pomysł wydaje mi się jednak chybiony. Dlaczego?

“Uczysz się nie dla ocen, ale dla wiedzy” – powtarzają ciągle dzieciom rodzice, ale mimo wszystko na ogół oczekują, że dziecko będzie miało dobre stopnie w szkole. Chwalą się tymi stopniami, wrzucając nawet do sieci zdjęcia świadectw, chwalą dzieci i nagradzają za dobre noty, a za słabe ganią, a niekiedy nawet karzą. Całkowicie w ten sposób zaprzeczają temu zdaniu. Również sama szkoła wywiera presję na uczniów, by zdobywali dobre oceny.

Rozumiem więc pomysł owego nauczyciela, by zmniejszyć presję, jakiej podlegają jego uczniowie. Ta presja nie jest dobra, bo rzeczywiście sprawia, że dzieci zakuwają, by zdobyć dobre stopnie, tracąc po drodze całkowicie przyjemność ze zdobywania wiedzy i umiejętności.

Bez względu na to, czy zastosujemy skalę ocen od 2 do 5, jak było w czasach mojej młodości, czy skalę 1-6, jak jest dzisiaj, czy nawet od 0 do 100, sama koncepcja ocen cyferkowych wydaje mi się bezsensowna. Niewiele mówi uczniowi o tym, co opanował dobrze, a nad czym musi popracować. Dużo lepsza pod tym względem jest ocena opisowa, którą stosuje się obligatoryjnie w klasach 1-3 szkoły podstawowej. Ta metoda jest jednak wymagająca i odnoszę wrażenie, że właśnie dlatego nauczyciele tak się przed nią bronią. Łatwiej wpisać jedną cyferkę do dziennika niż napisać uczniowi solidną ocenę opisową, a jeszcze lepiej – przedstawić ją ustnie, wyjaśniając wszelkie jego bądź rodziców wątpliwości.

System oceniania w polskich szkołach jest kiepski i rozumiem, że ów nauczyciel postanowił niejako “zhackować system”, wystawiając oceny końcowe na początku roku. Intencje miał, jestem o tym przekonany, bardzo dobre. Ale rozwiązanie jest kiepskie na kilku płaszczyznach.

Zły system należy poprawiać, a nie obchodzić ustalone reguły. To nie jest dobra lekcja dla młodych ludzi. W gruncie rzeczy wystawienie na początku roku oceny końcowej jest formą oszustwa. Uczenie dzieci nieuczciwości, nawet w zbożnym celu, to kiepski pomysł wychowawczy.

Potrzebujemy systemu oceniania, choć oczywiście mógłby być lepszy, bo daje on komunikat zwrotny uczniowi: pokazuje mu, czy pracuje właściwie czy nie, w czym jest dobry, a w czym niekoniecznie. Rzetelna i sprawiedliwa ocena może motywować do pracy i nauki.

Oceny wprowadzają też element rywalizacji. To jest ten element, który wymaga od rodziców i pedagogów ogromnej uważności, bo bardzo łatwo może przeistoczyć się w to, co nazywamy wyścigiem szczurów i właśnie wprowadzić szkodliwą presję. Dobrze rozegrany może jednak stanowić źródło pozytywnej motywacji. Można tu wykorzystać element grywalizacji.

Nauczyciel, uznany przez wielu za bohatera, tak naprawdę poszedł na łatwiznę. Zamiast oceniać mądrze i sprawiedliwie postanowił po prostu nie oceniać w ogóle, bo tym jest de facto wystawienie wszystkim uczniom oceny celującej. Rozumiem intencje, ale tu zadziało się jak w słynnym powiedzeniu Borysa Jelcyna:

Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle.

Autor

Navigate