Nie wykluczaj na Święta

Mikołajki to jest ten moment, gdy co roku powraca wojna biskupa z krasnalem. A im bliżej Bożego Narodzenia, tym częściej pojawia się w przestrzeni publicznej głos moich braci i sióstr w wierze, którzy odmawiają niewierzącym prawa do świętowania. Głupie to i szkodliwe.

Święty Mikołaj, ten “prawdziwy”, czyli biskup, to bardzo fajna postać. Celowo jednak użyłem cudzysłowu, bo bardzo trudno oddzielić, co w jego biografii jest prawdą historyczną, a co – legendą. Tak czy siak: lubię tego świętego i nasi chłopcy znają jego historię. Czekają na świętego, nie na krasnala z reklamy Coca-Coli.

Lubię go między innymi dlatego, że burzy on starą rodzicielską narrację, jakoby prezent był nagrodą za dobre zachowanie, a za złe należała się kara w postaci braku prezentu lub rózgi. Historia świętego biskupa pokazuje, że dar może nie być za to, że ktoś “był grzeczny”, ale po to, by pomóc mu takim być.

Moja sympatia do świętego biskupa nie oznacza jednak wcale, że chcę walczyć z popkulturowym Mikołajem. Jest, funkcjonuje, w niczym nie wadzi.

Gdy przetoczy się dyskusja o Mikołaju biskupie i Mikołaju popkulturowym co roku powraca dyskusja w gruncie rzeczy dużo bardziej paskudna. Otóż nagle odzywają się niektórzy katolicy, dowodząc, że osoby niewierzące nie powinny obchodzić świąt Bożego Narodzenia. “Skoro nie wierzą w Boga, to co niby świętują?” – pytają wyznawcy świętego Oburza.

Zacznijmy od tego, że nie ma żadnego historycznego powodu, by sądzić, iż Pan Jezus urodził się 24 grudnia. Serio. Kościół, co przecież wiemy, zaanektował, a robił to często z różnymi zwyczajami, obyczaj świętowania w okresie przesilenia zimowego. Różne święta w tym czasie pojawiają się w wielu kulturach, poczynając choćby od żydowskiego święta Chanuka. Co ciekawe, również w żydowskim świętowaniu funkcjonuje tradycja obdarowywania się – dzieci dostają prezenty przez osiem dni. W ramach świąt Bożego Narodzenia zaanektowaliśmy też wiele pogańskich obyczajów, jak chociażby germański zwyczaj ozdabiania drzewka.

Ciekawostką jest to, że z jednej strony ci wzmożeni odmawiają niewierzącym prawa do świętowania Bożego Narodzenia, z drugiej – oburzają się na przykład, że warszawski ratusz mówi o świętach bez wskazania, że chodzi o Boże Narodzenie, a na grafice okolicznościowej nie umieszcza symboli religijnych. Można więc wnioskować, iż ci niewierzący nie tyle mają nie świętować konkretnie Bożego Narodzenia, ale po prostu mają nie świętować w tym okresie w ogóle. Dość karkołomna koncepcja, biorąc pod uwagę właśnie to, że święta w okresie przesilenia zimowego funkcjonują w wielu kulturach, a Kościół umieścił Boże Narodzenie w kalendarzu w tym okresie roku właśnie po to, by inkulturować ten pogański obyczaj.

Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, tak jak religia absorbuje różne elementy kultury, tak działa to i w drugą stronę. Jest to zjawisko całkowicie naturalne. Tak, osoby niewierzące mogą obchodzić po prostu święta – korzystać z okazji do spotkania w rodzinnym gronie, zjedzenia czegoś smacznego i obdarowywania się pod choinka, nie nadając temu żadnego znaczenia religijnego. I nie ma w tym niczego zdrożnego.

Ale w tym wszystkim jest jeszcze jeden aspekt, w moim odczuciu znacznie istotniejszy.

Ta wojna z reklamowym Mikołajem i przede wszystkim to odmawiania prawa do świętowania mają w sobie element wykluczania. To, jak sądzę, jest całkowicie sprzeczne z istotą funkcjonowania Kościoła jako wspólnoty.

Przy każdej okazji przypominam z uporem, że katolicki to słowo z greki, które znaczy: powszechny. Kościół jest powszechny. Co więcej: jest też apostolski. Nie jest i nie może być ekskluzywnym klubem dla wystarczająco godnych, zwłaszcza że nikt z nas, co powtarzamy w czasie każdej Eucharystii, nie jest godny.

Kościół jako wspólnota nie może wykluczać ze swojego grona, a uznanie, że kto nie jest wystarczająco wierzący, cokolwiek by to miało oznaczać, ten nie może świętować, jest wykluczaniem. Kościół nie tylko nie może wykluczać, ale ma też zapraszać. Jeśli chcemy, by ktoś do nas dołączył, musimy go zaprosić, pokazać mu siebie jako wspólnotę i – co najważniejsze – Tego, który nas zwołuje i jednoczy przy eucharystycznym stole, czyli Pana Jezusa. Tak, pokazać, w co wierzymy, jak żyjemy, jak również świętujemy. Ze spotkania może zrodzić się czyjeś nawrócenie.

Jeśli chcemy, by ktoś do nas dołączył, musimy też pamiętać, co kiedyś pięknie ujął abp Grzegorz Ryś, że:

Doskonałość jest punktem dojścia, a nie – wyjścia.

Navigate