Nie lubię pierwszego września

“Nie lubię tego dnia w roku” – oświadczył z mocą mój starszy syn. Jego młodszy brat przytaknął, kiwając głową. “Większość dzieci nie lubi powrotu do szkoły” – odparłem i dotarło do mnie, jak smutna jest moja odpowiedź.

Dzieci mają w sobie naturalną chęć poznawania świata, ciekawość, zapał do eksplorowania tego, co je otacza. Dlatego na ogół, gdy idą do pierwszej klasy, są jeszcze podekscytowane i radosne. Obaj moi chłopcy chcieli iść do szkoły. Dziś Fabian poszedł do szóstej klasy, a Benio do drugiej i obaj zgodnie stwierdzili, że początek roku szkolnego to wydarzenie niefajne.

Rok szkolnej nauki wystarczył, by chłopcy zrozumieli, że szkoła jest miejscem niefajnym. Czy to znaczy, że nie chcą poznawać świata wokół siebie? Oczywiście, że chcą. Wiedzą jednak, że szkoła raczej będzie im w tym przeszkadzać, a nie – pomagać.

Mamy XXI wiek, a nasze szkoły funkcjonują w systemie wymyślonym w Prusach na początku XIX wieku. Ten system nie powstał po to, by dzieciom było dobrze i by rozbudzać ich ciekawość oraz chęć uczenia się. Powstał dlatego, że pruskie władze chciały kształtować nowy model obywatela – posłusznego, spełniającego oczekiwania rządzących.

Cała ta szkolna rzeczywistość, którą znamy i pamiętamy z własnego dzieciństwa: ławki, nauczyciel przy tablicy, dzwonki, sztywny podział na lekcje, dobór lektur zgodny z oczekiwaniami władzy – to wszystko jest wynalazkiem rodem z dziewiętnastowiecznych Prus.

To jest wielki wyrzut sumienia dla nas jako społeczeństwa, że nie zmieniliśmy tego systemu, że nasze dzieci tkwią wciąż w okowach przestarzałego systemu edukacji wymyślonego po to, by zniewalać. Minęło 30 lat, odkąd nasz kraj wybił się na wolność, ale ta wolność nie stała się udziałem dzieci.

Nie ma sensu obwinianie nauczycieli. Oni funkcjonują w tym systemie, który im odgórnie narzucono i w którym sami się wychowali. Czy my sami lubiliśmy szkołę? Przecież nie. Przecież też nie lubiliśmy 1. września, jak dzisiaj nasze dzieciaki.

I to nie jest tak, że nie ma alternatywy. Mamy przecież inne wzorce: edukację demokratyczną, edukację Montessori, szkoły walfdorskie i wiele innych. Oczywiście, żadna z tych koncepcji nie jest idealna, każda ma swoje wady. Ich wdrożenie w publicznej oświacie to nie lada wyzwanie organizacyjne, finansowe, ale też w kwestii zmiany mentalności wszystkich uczestników systemu – uczniów, rodziców, nauczycieli, dyrektorów, ludzi i instytucji nadzorujących szkoły. To nie może być łatwe. Każda z tych koncepcji ma jednak zaletę, która sprawia, że bije na głowę to, co mamy dziś: w centrum zainteresowania stawia dziecko i jego dobro.

1. września to w internecie czas, gdy pojawia się wysyp memów i filmików o dzieciach, które smucą się z powodu powrotu do szkoły, a jednocześnie o rodzicach, którzy się z tego cieszą i wypychają dzieci z domu. Kiedy moje dziecko mówi, że nie lubi tego dnia, to ja też go nie lubię. Nie tylko dlatego, że lubię spędzać z nim czas, bo rozumiem, że niektórzy nie mogą, że chodzą do pracy, ale przede wszystkim dlatego, że smuci mnie to, że ktoś zabija w moim dziecku radość uczenia się.

Nie wiem, czy temu podołamy, biję się z myślami, ale przyznam, że właśnie dlatego coraz poważniej myślę o przejściu na edukację domową: chcę wyswobodzić swoje dzieci z tego szkodliwego systemu. Powstrzymuje mnie jedynie obawa, czy będę umiał sam stworzyć lepszy.

Obraz Wokandapix z Pixabay

Autor

Navigate