Moja ludziofobia

Siedzę w autobusie. Otaczają mnie ludzie. Nie ma nawet wielkiego tłoku. Ale i tak jest ich za dużo, są za blisko. Wolałbym, by ich nie było. Ich obecność mnie drażni, niepokoi i fizycznie boli. Jestem wściekły, że musiałem wyjść z domu, że muszę znosić ich obecność, ale i o to, że w taki sposób ją odczuwam.

Był czas, że nie wyobrażałem sobie funkcjonowania bez ludzi. Otaczał mnie niemal nieustająco ich tłum. Gdy nie było ich realnie, wirtualnie towarzyszyło mi około 3.000 znajomych na Facebooku. Większości z nich tak naprawdę nie znałem, ani tych realnych, ani tych wirtualnych. Mimo to lubiłem ich towarzystwo. Czułem się w tym tłumie jak ryba w wodzie.

Spora część tych ludzi odwróciła się ode mnie z powodu moich powszechnie znanych win. Nie byli przecież moimi przyjaciółmi. Gdy przestali mnie podziwiać, do czego wszak mieli pełne prawo, po prostu zniknęli. To dla mnie zrozumiałe. Prawdę rzekłszy: całe szczęście, że ich już nie ma. Ich obecność, bez ich winy oczywiście, łechtała moją próżność. Pycha zaś, jak wiadomo, nie wyszła mi na dobre. Pycha nigdy nie wychodzi na dobre.

Sporą część ludzi odciąłem od siebie sam. Nie z powodu jakichś win. Raczej – z powodu braku zasług, gdyby już koniecznie w tych kategoriach to rozpatrywać. Te relacje nie wnosiły niczego ani do mojego życia, ani – jak mi się zdaje – do ich, bo tych relacji de facto w ogóle nie było. Ani oni nie odzywali się do mnie, ani ja do nich. Byli wśród nich tacy, którzy zaprosili mnie do znajomych i na moim zaakceptowaniu tej prośby jakikolwiek kontakt się zakończył. Tym odcięciem po prostu przeciąłem fikcję. Wciąż przecinam, usuwając ze znajomych tych, z którymi nie mam kontaktu, choćby sporadycznego, choćby najprostszego.

Dziś z około 3.000 znajomych, których miałem na Facebooku, zostało mniej więcej 100. Wirtualny tłum zniknął. Realnie zaś nie wychodzę do ludzi, o ile nie jest to absolutnie niezbędne.

Nie lubię relacji z ludźmi. Nie ufam i nie czuję się w tych relacjach bezpiecznie. Im mniej ludzi wokół mnie, im dalej są ode mnie, im grubszy dzieli mnie od nich mur, tym lepiej. Nie lubię nawet ludzi mijających mnie na ulicy, czy w sklepie. Wolałbym, by ich tam nie było. Każdy z nich może stanowić zagrożenie, naruszyć szklaną ścianę, która mnie oddziela i zapewnia względne bezpieczeństwo. Mogą obserwować, oceniać. Agresja miesza się wtedy w mojej głowie z trudną do opanowania chęcią ucieczki. Jak ja ich w takiej chwili nienawidzę!

Wolę swoją bezpieczną przestrzeń wyznaczaną ścianami mojego niewielkiego pokoju. Mogę zamknąć okno, odcinając się od odgłosów z zewnątrz. Mogę zamknąć drzwi, by nikt nie wchodził w tę moją bezpieczną przestrzeń. Mocne światło lampy zabija cienie w kątach. Jest cicho, chyba że to ja gram lub włączę muzykę. To moja przestrzeń, mój bezpieczny świat. Nikt nie widzi uczuć na mojej twarzy. Nikt nie widzi łez, a muzyka często je we mnie wywołuje.

Są chwile, w których ta bezpieczna samotność doskwiera. Nawet bezpieczna klatka wciąż przecież jest klatką. Wolę jednak klatkę niż wyjście z niej. Nie chcę ryzykować. Ludziofobia – tak to sobie w głowie nazwałem.

I tak, wiem, że w tym jest wiele niesprawiedliwości z mojej strony. Racjonalnie przyjmuję to, że nie wszyscy mają złe intencje, nie wszyscy zagrażają, że są tacy, którzy nawet dobrze mi życzą. Ale rozum mówi jedno. A emocje – drugie.

Przyjaciele, których nie miałem

Krzysztof Maria Sieniawski

Przyjaciele, których nie miałem
Których w biedzie sobie zmyśliłem
Opowiedzą wam, że kochałem
A to przecież znaczy, że żyłem

Oni każdy dzień wam powtórzą
O powrotach znikąd powiedzą
Zaufali ptasim podróżom
A to przecież znaczy, że wiedzą

Nie gniewajcie się, że nie chciałem
Żyć wśród was bo nie siebie zniszczyłem
Przyjaciele, których nie miałem
Mogą przysiąc, że kiedyś byłem

Najgorsze, że trzeba nie wierzyć
Gdy deszcze, gdy słońce, gdy Bóg
Stratował mój sen święty Jerzy
Jak wrócę do ciebie bez nóg

Najgorsze, że porwie od nowa
Jak wczoraj fatalny nasz krąg
Gdy dżungla szydercza i płowa
Jak ciebie powitam bez rąk

Najgorsze, że jesteś, że jesteś
Że czas wciąż ten sam choć nie nasz
A oto i życia sylwester
Makijaż z witriolu na twarz

I kto mnie, kto mnie ograbił
Nie wróci Gerdo twój Kaj
Najgorsze, że trzeba się zabić
Gdy drzewa, gdy morze, gdy maj

Nie gniewajcie się, że nie chciałem
Żyć wśród was bo nie siebie zniszczyłem
Przyjaciele, których nie miałem
Mogą przysiąc, że kiedyś byłem

ilustracja: anggarfer – Flickr.com – CC BY-NC-SA 2.0

Navigate