Kuszący urok baniek

Wiele mówi się o tym, że internetowe algorytmy, czy to wyszukiwarek, czy serwisów społecznościowych zamykają nas w bańkach. Docieramy do informacji, które nam pasują, stykamy się z ludźmi podobnymi do nas. Algorytmy wiedzą, jakie media czytamy, co lubimy, są w stanie nas profilować pod kątem zainteresowań, upodobań, wyznania, poglądów politycznych i w zależności do tego dobierają treści, które nam serwują.

W gruncie rzeczy wcale nie muszą jednak tego robić, bo my sami mamy skłonność, by tworzyć bańki wokół siebie. Sami otaczamy się ludźmi podobnymi do nas, czytamy autorów, z którymi się zgadzamy. Jak mawiał klasyk w filmie “Rejs”: “Ja, proszę pana, najbardziej lubię te piosenki, co to ja je już znam”.

Odkąd sięgam pamięcią, starałem się funkcjonować inaczej – unikając zamykania się w bańce.

Nie muszę z kimś we wszystkim się zgadzać, żeby go lubić i szanować. Możemy unikać drażliwych tematów. I tu nie chodzi o jakieś tchórzostwo, ale o decyzję, że lubimy się, szanujemy i nie chcemy nawzajem się ranić. Stąd wśród moich znajomych sporo osób niewierzących czy wręcz niechętnych wierze. Jest tyle fascynujących tematów do rozmowy, że naprawdę nie musimy toczyć sporów teologicznych.

Mogę z kimś się nie zgadzać, ale właśnie chcieć z nim o tym rozmawiać. Czasami po to, byśmy się do czegoś przekonali nawzajem, innym razem – by się pospierać bez szans na porozumienie. Możemy określić protokół rozbieżności, możemy poznać nawzajem swoje argumenty, a równocześnie uporządkować własne. To też jest ogromna wartość.

Mam w sobie sporo ciekawości świata i innych ludzi. Dlatego czytam najróżniejsze media, również te bardzo dalekie od moich poglądów. Chcę wiedzieć, jak ci ludzie myślą, jak czują, jak postrzegają. To z jednej strony chęć poznania, a z drugiej – zrozumienia. Czasem zrozumienia, jakim cudem ktoś może głosić coś, co w moim odczuciu jest całkowicie bezsensowne. Jednocześnie rozumiem, że moje poglądy mogą temu komuś wydawać się niemądre.

Coraz częściej jednak, zwłaszcza w ostatnich dniach, łapię się na zmęczeniu takim podejściem. Przeglądam treści publikowane przez moich znajomych i mam ochotę odciąć się od nich. Skoro bowiem ktoś krzyczy “katolicy wypierdalać”, a ja jestem katolikiem, to krzyczy to również do mnie. I nie zamierzam odpowiadać pięknym na nadobne, ale mam ochotę zadbać o siebie i chronić się przed takim traktowaniem.

Gdy ktoś z zachwytem wrzuca filmik, na którym wściekłe młode kobiety zrywają księdzu z szyi bursę (to taka torebka na szyję, w której przenosi się Najświętszy Sakrament, np. gdy ksiądz idzie z nim do chorego) i rzucają ją na ziemię, to mnie to rani. I żadne wkurzenie tego nie usprawiedliwia.

Zaczynam sobie więc myśleć, że przecież ja na tego Facebooka czy Twittera nie wchodzę po to, żeby się zadręczać; że mam prawo zadbać o to, by nikt mnie nie ranił ani nie obrażał. I rodzi się we mnie pokusa, by pozbyć się takich treści oraz ludzi, którzy je publikują, z mojego otoczenia. Niech sobie krzyczą, skoro potrzebują, ale poza zasięgiem moich uszu.

Wiem jednak, że w ten sposób zamknę się w bańce. W ten sposób wszyscy pozamykamy się w swoich własnych bańkach. Przestaniemy się porozumiewać, rozmawiać, a nawet poznawać. A to do niczego dobrego nie prowadzi. I choć ta “druga strona” krzyczy, że nie chce żadnego dialogu, to staram się wierzyć, że jest to kwestia bardzo silnych i gwałtownych emocji, które z czasem pewnie opadną. I dlatego nie odcinam się. Jeszcze.

Photo by fotografierende from Pexels

Autor

Navigate