Jak przeszkadzać dziecku w samodzielności

„Czuje, że bardzo polubimy się z nową nauczycielką Benia” – poinformował mnie pewnego razu mąż.

Zainteresowało mnie to, bo Kuba nie jest szczególnie wyrywny do chwalenia nauczycieli. Cóż zatem zrobiło na nim takie wrażenie? Otóż, gdy na początku roku szkolnego dzieci zaczęły masowo chorować, a, co za tym idzie, opuszczać lekcje w szkole, rodzice pisali do wychowawczyni z prośbą o podanie materiału do omówienia i przepracowania. Jednak nauczycielka zamiast podać strony z podręcznika napisała wiadomość zbiorczą, informując, że dowiedzenie się, co było na lekcji, leży w interesie dzieci i mają tę wiedzę zdobyć od kolegów i koleżanek z klasy. Nie powiem, moje serduszko też mocniej zabiło w kierunku tej pani.

Benio jest w drugiej klasie i również nie było go przez tydzień w szkole. Wszystkie lekcje zdobył po powrocie do szkoły, tak jak Pani kazała – na własną rękę.

Mamy też syna w szóstej klasie. Dobrze pamiętam czasy, gdy sama chodziłam do szóstej kasy. Wydawało mi się, że jestem taka dorosła. W końcu wtedy jeszcze było gimnazjum, więc byłam najstarszym rocznikiem w podstawówce. Prestiż, panie, prestiż. Oczywiście, gdy jest się takim dorosłym, to sprawy szkolne załatwia się samemu. Tymczasem codziennie dostaję na maila pytania od rodziców dzieci z klasy Fabiana: co było zadane, co jest do uzupełnienia, kto może pożyczyć zeszyt, jaka lektura jest do przeczytania. W szóstej klasie!

Dowiedziałam się przy okazji tych maili, że dzieci wymieniają się same tą wiedzą na specjalnie założonej klasowej grupie na WhatsAppie. Ja nawet nie wiedziałam, że mają jakąś grupę, ale, kiedy się dowiedziałam, to uznałam, że to bardzo fajny pomysł. Zainteresowało mnie jednak, skąd te mamy wiedzą, co jest w rozmowach naszych dzieci. Więc spytałam grzecznie: „Pani Halinko, a skąd Pani wie co jest w tej grupie?”. Otóż Pani Halinka wie, ponieważ regularnie czyta rozmowy naszych dzieci, “bo przecież trzeba ich kontrolować, sprawdzać czy nie rozmawiają o czymś złym”. Ciekawe, o czym tak złym mieliby rozmawiać dwunastolatkowie. Zagotowało się we mnie, gdyż te mamy naruszają tajemnicę korespondencji nie tylko swojego dziecka, ale i mojego. Walczyć z wiatrakami nie zamierzałam, poinformowałam jedynie syna, by uważał co pisze, bo inni rodzice to czytają.

Zastanawiam się, dlaczego ci rodzice tak bardzo uparli się, by zrobić ze swoich dzieci ułomnych, nieodpowiedzialnych ludzi. Zwłaszcza że te dzieci bardzo się przeciwko temu buntują.

Wczoraj syn z dumą opowiadał, że w klasie wpadli na pomysł i założyli klasową skarbonkę. Kto może, wrzuca do niej pieniądze. Nie ma żadnej ustalonej kwoty. Czasem wyląduje w niej dziesięć złotych, a innym razem – dziesięć groszy. Za te wspólnie uzbierane pieniądze idą po lekcjach całą klasą np. na lody. Dzieci same to wymyśliły, uznały taki system za sprawiedliwy i jakoś się to kręci. Znając jednak potrzebę kontrolowania wszystkiego przez rodziców z tej klasy, boję się, że zaraz któryś wtrąci się w to i rozwali wszystko, narzucając swoje, w jego mniemaniu bardziej sprawiedliwe, zasady.

Od sześciu lat patrzę, co wyprawia się w tej klasie i nie mogę się temu nadziwić. Z każdym mailem mam ochotę odpisać „czy wy do reszty zdurnieliście?”.

Nie jestem zwolenniczką twierdzenia, że kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów, a w ogóle to ja w Twoim wieku… Świat się zmienił, zagrożenia się zmieniły, nasza świadomość się zmieniła, ale nikt mnie nie przekona, że zmienił się dramatycznie rozwój dziecka i współczesne dzieci nie potrafią w szóstej klasie zdobyć sobie lekcji, zwłaszcza że dzieci w tej klasie wielokrotnie udowodniły, że chciałyby zrobić coś same, tylko chyba rodzice poczuliby się wtedy niepotrzebni, więc się wtrącają, nie pozwalają i wyręczają.

Autor

Navigate