Grzeszysz? Milcz!

“Jak możesz pisać, że to jest złe, przecież sam to robiłeś?” – dziwiła się niedawno pewna moja znajoma. Jej zdziwienie jest jeszcze dość słabym przykładem pewnego sposobu myślenia, które w gruncie rzeczy oznacza przekonanie, iż tylko człowiek nieskazitelny może wypowiadać się na tematy etyczne.

Z racji mojej przeszłości, która – co zrozumiałe – ciągnie się za mną jak smród po gaciach i jeszcze długo ciągnąć się będzie, co rozumiem, przyjmuję z pokorą i nie zamierzam się przeciwko temu buntować, spotykam się z bardziej radykalnymi przejawami takiego myślenia. Wiele osób ma mi wszak za złe, że prowadzę tego bloga, że w ogóle piszę w formie, która jest jakkolwiek publiczna, w dodatku – że ten blog jest właśnie taki, jaki jest: dotyczy tematów religijnych, etycznych.

Gdyby przyjąć taką oto perspektywę, że tylko człowiek bez winy może wypowiadać się w kwestiach moralności, musielibyśmy wszyscy zamilknąć. Nie ma wszak ludzi bez win. Wedle nauki Kościoła bez grzechu osobistego był Pan Jezus (no, ale On jest wszak Bogiem), bez grzechu była też Maryja. I na tym lista ludzi pozbawionych grzechu (nie tylko pierworodnego, ale jakiegokolwiek) się kończy.

Każdy ze świętych był grzesznikiem. Ich świętość nie wynika z bezgrzeszności, ale z innych cnót i zasług, które były większe niż popełnione przez nich za życia grzechy. Gdy prześledzimy losy apostołów, to są to dzieje grzeszników.

Być może jednak należałoby przyjąć, że człowiek nie powinien wypowiadać się na temat tych grzechów, które w szczególny sposób były jego udziałem? Hm. No, dobrze. Wynikałoby z tego, że święty Piotr do końca swoich dni nie powinien już powiedzieć nawet jednego słowa na temat wierności Objawieniu oraz Panu Jezusowi. No, bo jakże to? Wszak zaparł się Go trzykrotnie. Święty Paweł powinien milczeć na temat fanatycznego przywiązania do prawa i tradycji. Serio?

Pozostawny z boku kwestie religijne. Fakt faktem, że czułbym się nieswojo występując w charakterze eksperta od transparentności finansowej organizacji pozarządowych. Z drugiej strony jednak, gdybym rzeczywiście solidnie to przepracował nie tylko od strony etycznej, ale i prawnej czy rachunkowej, to może właśnie byłbym najwłaściwszym człowiekiem do wypowiadania się w tej materii? (Spokojnie, nie mam zamiaru tego robić, choć mógłbym sporo o grzechach w tym obszarze, nie tylko własnych, opowiedzieć.)

Warto tu na chwilę zatrzymać się, bo sam dostrzegam pewną sprzeczność: Z jednej strony piszę o tym, że można, a nawet warto, wypowiadać się na temat przewinień, czy – religijnie określając – grzechów, które obciążają nasze sumienie. Równocześnie zaś zaznaczam, że nie chcę tego robić w odniesieniu do win, które chyba najmocniej ze mną są kojarzone. Dlaczego?

Myślę sobie, że pierwsze pytania, które warto sobie zadać, zanim zacznie się takie wypowiedzi, brzmią: Po co? Dlaczego? Inaczej: Jaka jest moja motywacja?

Kolejne zaś, mocno z poprzednimi powiązane: Na ile faktycznie przepracowałem swoją winę? Na ile jestem świadomy własnych emocji?

Rezygnuję z mówienia na ten temat, bo mam poczucie, że przepracowałem winę i skruchę. A przynajmniej mam taką nadzieję. Nie jestem jednak w pełni pewny własnych emocji i motywacji. Samo to wtrącenie “nie tylko własnych” podpowiada mi alarmująco, że jeszcze nie jestem gotowy. I może nigdy nie będę.

Navigate