Dzień Ojca

Tak bardzo pamiętam ten jesienny dzień. Tak bardzo. Był wczesny poranek, piąta, może szósta rano, gdy do mojego pokoju weszła Mama i obudziła mnie, żeby mi powiedzieć: “Tata nie żyje”. Pamiętam jak dziś jej nienaturalnie kamienną twarz. Tak bardzo starała się nie rozsypać.

Przecież wiedzieliśmy. Od lat wszyscy żyliśmy z myślą, że przyjdzie ten dzień. Choroba Taty towarzyszyła nam na co dzień. Oswoiliśmy ją na swój sposób. Ale, choćby nie wiem co, nie da się przygotować na ten dzień. Nie da się. Wydaje się, że człowiek rozumie, spodziewa się, że jest przygotowany, a kiedy przychodzi ten moment, wszystko to wali się się w mgnieniu oka.

Pamiętam ten dzień jak przez mgłę, przed oczami mam ojca Jacka, dominikanina, z którym ubieraliśmy Tatę. Więcej nic. Następnych dni nie pamiętam w ogóle. Aż do pogrzebu. Nie pamiętam mszy, kazania, ważnych i wielkich słów mówionych nad grobem. Z pogrzebu zapamiętałem 3 rzeczy:

Zapamiętałem moją klasę. Jeszcze nie zdążyliśmy się zżyć, początki liceum, ale wszyscy byli, razem z moją wychowawczynią. Wszyscy uciekli przede mną, bali się podejść. To zrozumiałe. Cóż mieli mi powiedzieć?

Zapamiętałem, że tylko jedna osoba z mojej klasy odważyła się do mnie podejść. I staliśmy na uboczu, rozmawiając. Złotowłosa. To była potem przez długi czas moja wielka licealna miłość. I, choć z miłości nic nie zostało, to tego momentu i tej odwagi nigdy jej nie zapomnę.

Zapamiętałem też obietnicę złożoną przez kogoś, kto powinien był stać się najbliższy. “Zastąpię im ojca”- zapewniał. Nigdy nawet nie spróbował. I tego też nie zapomnę.

Już pierwszego dnia, tego strasznego, w domu zaroiło się od ludzi: znajomych, przyjaciół, rodziny dalszej i bliższej. Tylu ich zawsze było, drzwi się nie zamykały. Wszyscy przychodzili, ściskali, wyrażali współczucie, oferowali pomoc. A potem był pogrzeb. A po nim drzwi już się nie otwierały. Wszyscy ci ludzie zniknęli niczym zjawy. Taka kolej rzeczy.

Myślę, że mój Tata miał sporo zgryzoty przeze mnie. Nie byłem łatwym ani grzecznym dzieckiem. Mógł być z nami dłużej. Jestem o tym przekonany. I z tym przekonaniem muszę żyć. I z tych zgryzot, zamartwień, jakich mu dostarczałem, będę musiał się wytłumaczyć, gdy na mnie przyjdzie czas. I wiem, że nadal patrzy na mnie. I nadal się martwi. I – jakże często – wstydzi za mnie. Bo ojcowie już tak mają, że się martwią, czasem wstydzą, czasem czują dumę, bo kochają. I będę musiał wytłumaczyć się też z tego, jakim ojcem ja sam nie byłem, nie umiałem być.

Nie jest ten Dzień Ojca radosny…

ilustracja: gagilasFlickr.comCC BY-SA 2.0

Navigate