Dobre umieranie

To nie jest traktat filozoficzny, bo nie jestem filozofem. To nie jest też traktat teologiczny, bo nie jestem teologiem. To nie jest też objawienie eschatologiczne, bo nie jestem mistykiem. To są myśli faceta, który przeleżał kilka dni gapiąc się w ścianę i co jakiś czas przysypiając.

Ku zaniepokojeniu mojej rodziny spędziłem ileś dni (nawet nie liczyłem), leżąc na łóżku. Wstawałem tyle, ile było absolutnie niezbędne. Momentami myślałem, że mam chandrę, doła, gotów byłem nawet rozważyć diagnozę stanu depresyjnego. Momentami z kolei wydawało mi się, że oszalałem. No, bo przecież to nie jest chyba do końca normalne – leżeć całymi dniami w łóżku i rozmyślać o śmierci; zastanawiać się, czy do kremacji zdejmują ze zmarłego ubranie; rozważać, czy da się pochować mnie tak, by ani o grosz nie przekroczyć kwoty zasiłku pogrzebowego; we śnie odprowadzać siebie samego do grobu.

To był dobry czas. Tak, wiem, to brzmi dziwnie.

[bctt tweet=”Czas jest cenny tylko w perspektywie śmierci.” username=”spesalvipl”]

Gdy dojrzałem w końcu do tego, by wyleźć z łóżka i przestać spędzać w nim tyle czasu, ile dało radę, zacząłem czytać. Znalazłem między innymi fascynującą rozmowę z o. prof. dr hab. Zdzisławem Kijasem OFMConv. Dała mi sporo do myślenia i kilka zdań z niej zaczerpnąłem do tego tekstu. Ojciec Zdzisław w wywiadzie powiedział m.in.:

Śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, ponieważ pomaga nam to życie szanować. (…) Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia.

Na pierwszy rzut oka perspektywy osoby wierzącej i niewierzącej różnią się od siebie. Chrześcijanin wierzy wszak, że śmierć nie tylko nie kończy życia, ale otwiera drogę do życia lepszego. Żyje więc z nadzieją, że najlepsze dopiero przed nim. Ktoś, kto odrzuca wiarę w Pana Boga i życie pozagrobowe, żyje z poczuciem, że coś się skończy, a potem nie będzie nic. Ale to wcale nie jest takie czarno-białe.

Po pierwsze, osoby niewierzące, mogą mieć nadzieję. “Nie wierzę, że potem coś jest, ale mam nadzieję, że jest.” Ba! “Wierzę, że nic nie ma, ale mam nadzieję, że się mylę.”

Po drugie zaś, człowiek wierzący miewa chwile zwątpienia, a te mogą przywoływać lęk: “A co jeśli się mylę i potem nic nie ma?” Może też zbudować sobie taki obraz Pana Boga, a to nie jest wcale trudne, bo i nauczanie Kościoła nieraz temu sprzyja, że w efekcie będzie się bał spotkania z Ojcem, spodziewając się surowego sądu.

Wierzę, że Pan Bóg nie jest surowy. Jest sprawiedliwy, ale i miłosierny, bo jest dobry.

Kiedy tak leżałem, wyobraziłem sobie, że po śmierci staję przed sądem. Zostałem sprawiedliwie osądzony. Sprawiedliwie oznacza, że nieuchronnie musiało okazać się, iż nie zasługuję na niebo. I to był ten wymiar sprawiedliwości. Ale przecież zostałem zbawiony. I dlatego potem usłyszałem pytanie: “Czy mimo to chcesz do nieba?”. Odmowa oznaczałaby piekło. Piekło to nie jest wyrok, to jest wybór. Odpowiedź “chcę” zaś pozwalała wejść w stan przygotowania, oczyszczenia, które pozwolą być na zawsze z Panem Bogiem.

W swoim życiu wiele razy odrzucałem myśli o śmierci, uciekałem od niej. Nie tylko od myśli o własnej. Bałem się też cudzej. I nadal zdarza mi się uciekać, bo przecież nie jestem wolny od wątpliwości, zachwiań, kryzysów. Ten przeleżany czas pomógł mi jednak ułożyć sobie wiele w głowie.

[bctt tweet=”Umieranie zaczyna się w chwili narodzenia.” username=”spesalvipl”]

Podobną do powyższej myśli o. Kijasa refleksję wyraził kiedyś nieco dosadniej Krzysztof Zanussi tytułem nakręconego przez siebie filmu: Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. Różnica polega w określeniu życia jako choroby. Chorobę postrzegamy jako coś złego, groźnego, szkodliwego. Tak, zmierzam jak każdy z nas do śmierci, ale wierzę, że to jest dobry cel, po którym dopiero zacznie się najpiękniejsza przygoda.

Może dlatego odczuwam coraz większy dysonans do tego, jak przeżywamy śmierć. Dla jasności: nie oceniam i nie odbieram nikomu jego sposobu przeżywania śmierci własnej i bliskich. Rozumiem żałobę jako poczucie straty oznaczającej to, że ja teraz, w tym życiu, nie będę mógł przebywać z kimś dla mnie ważnym.

Z drugiej jednak strony – dziecko wróciło do Taty. Idzie do szczęścia.

Przeraża mnie wizja mojego pogrzebu. Przeraża mnie wizja smutnej uroczystości, pełnej łez. (Jasne, jest w tym optymistyczne założenie, że ktoś po mnie będzie płakać.) Nie chcę takiego pochówku.

Chciałbym, żeby zabrzmiała na nim jedna z piękniejszych pieśni, jakie znam:

Katolicka liturgia pogrzebowa składa się z trzech stacji i dwóch dróg. Pierwsza stacja to zamknięcie trumny, kojarzy się z brzydotą śmierci, kolorem tej stacji jest czerń. Potem następuje pierwsza droga – do kościoła, w którym jest kapłan w fioletowych szatach. Kościół to druga stacja. W czasie mszy świętej śmierć człowieka zespala się ze śmiercią Pana Jezusa – po to, by ten człowiek, aby ów człowiek razem z Nim zmartwychwstał. Druga droga, czyli wyprowadzenie z kościoła, to już jest droga do nieba. Ksiądz profesor Lucjan Bartel tłumaczy, że droga na cmentarz jest drogą radości, złotego koloru. Trzecia stacja, na cmentarzu, wyraża przedsmak nieba.

Nie wiem, jak wygląda ta droga z cmentarza – dalej. Wiem jednak, że na pewno chciałbym, by ktoś w niej mi towarzyszył. Dlatego będę potrzebował modlitw żywych o to, by przybyli aniołowie i pomogli mi przejść tę drogę. Może dlatego zawsze wzrusza mnie ta piękna pieśń.

Ale oprócz niej bardzo chciałbym, by zabrzmiała również ta:

Wierzę, że dla mnie to będzie dobry dzień, dzień szczęśliwy. Tak – koniec. Ale też – początek. Chciałbym, choć to trudne oczekiwanie, by moi bliscy cieszyli się – nie z tego, że mnie nie będzie z nimi, ale z tego, że mi będzie lepiej. Przecież chcą, by było mi dobrze.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: Nie chcę przyspieszać tego dnia. Pan Bóg wie, kiedy ma on nastąpić i na pewno ten dzień będzie dniem właściwym. Nie mam też wcale pewności, że, gdy nadejdzie mój czas, nie będę się bał i nie będę próbował odwlekać czy uciekać. Ale wiem, że chciałbym wtedy nie bać się i iść z ufnością. Bo…

[bctt tweet=”Żeby dobrze umierać, trzeba dobrze żyć.” username=”spesalvipl”]

Niedawno trafiłem na filmik o. Adama Szustaka OP, który opowiadał, że przed wyruszeniem w jego roczną pielgrzymkę ksiądz biskup Grzegorz Ryś dał mu do rozważania jedno zdanie, które – zdaniem biskupa Grzegorza – Pan Bóg mówi do człowieka:

To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.

Mt 17, 5

Ojciec Adam wyprowadził z tego piękną wizję. Oto, gdy rodzi się człowiek, Pan Bóg, dumny i szczęśliwy Ojciec, krzyczy na całe niebo, aż zlatują się wszystkie anioły: “Mam syna!”. (Lub “Mam córkę!”, gdy rodzi się dziewczynka.)

Wyobrażam więc sobie czasami, i to jest jeszcze bliższa mi wizja sądu, że, gdy już prowadzony przez anioły przejdę tę niby-ostatnią drogę, stęskniony i szczęśliwy Ojciec wybiegnie na spotkanie i przywita słowami “No, wreszcie jesteś, synku”. A że potem powie: “Siadaj, opowiadaj, jak było”. A potem zaprosi na ucztę. Ja zaś odważę się pójść za Nim.

Navigate