Codziennie modlę się o śmierć

Boję się umierania. Nic w tym oczywiście oryginalnego. Większość ludzi boi się wszak umierania. Trudno raczej w tej kwestii silić się na oryginalność. Tak. Boję się umierania.

Boję się bólu i cierpienia. Boję się samotności w tej chwili. Boję się strachu, jaki może jej towarzyszyć. Boję się zwątpienia – że w tym cierpieniu, w tej samotności i w tym strachu zwątpię we wszystko, co wierzę.

“Eloi, eloi, lama sabachtani” – te ostatnie słowa Pana Jezusa, “Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” dźwięczą mi w uszach, od kiedy pierwszy raz je przeczytałem. A przecież On wiedział. Nie musiał wierzyć w Boga, bo Nim był. Mimo to czuł się tak samotny, że aż opuszczony. Tym bardziej ja mogę więc zwątpić w chwili próby. I im większe będzie zwątpienie, tym większa samotność odchodzenia.

Boję się umierania, ale nie boję się śmierci.

Śmierć to czas odchodzenia, ale i przychodzenia. Mówimy w Credo, że “wierzę w życie wieczne” i ja w nie naprawdę wierzę. Wierzę, że to nie jest koniec, ale przejście do czegoś zupełnie innego.

Nie wiem, co dokładnie to będzie. Nikt z nas tego nie wie. Próbuję to sobie wyobrażać, ale wiem, że wszystko, co sobie w głowie ułożę, to ułuda, że ja tego dziś swoim umysłem nie ogarnę.

Podoba mi się ta teoria, że po śmierci człowiek staje przed Panem Bogiem i już wie. Widzi Go, widzę, że On jest miłością i czuje tę Jego miłość. Dostrzega tę czystość i własny brud. Rozumie, że nie jest jej godny. I wtedy, mimo wszystko, słyszy pytanie: “Czy chcesz być ze Mną?”

Boję się umierania, ale nie boję się śmierci i o nią proszę.

Ciągle proszę Pana Boga, by pozwolił mi już stąd odejść i iść do Niego. Tak bardzo chciałbym już stanąć w obliczu Jego miłości.

Tak, nie oszukujmy się, jest też w tym element ucieczki. Nie radzę sobie ze swoim życiem. Straciłem nad nim kontrolę, nie umiem jej odzyskać i z pewnością jest tak, że tkwi we mnie pragnienie, by zostawić je za sobą, razem ze wszystkimi problemami. Oczywiście, że tak jest.

Ale przede wszystkim jest we mnie ogromna tęsknota za Ojcem, za Jego miłością. Tak bardzo chciałbym już stanąć przed Nim i usłyszeć: “kocham cię, moje dziecko”. Dlatego ciągle proszę Go o śmierć.

Wiem, że nie jestem godny, by trafić do nieba. Nikt z nas nie jest godny. Być może nie padnie to pytanie, tylko usłyszę Jego decyzję. Zapewne zamiast do nieba trafię do piekła, a w najlepszym razie do czyśćca, czymkolwiek jest to piekło, ten czyściec i to niebo.

Być może to będzie tylko krótkie spotkanie. Ale będzie. Choć przez chwilę będę przy Nim. Proszę Go choćby o te krótką chwilę.

Bądź wola Twoja

i choć każdego wieczoru proszę, bym rano się nie obudził, to jednak rano otwieram oczy. Najwyraźniej On ma inne plany. Ja zaś mówię wszak “Bądź wola Twoja”, dlatego proszę Go również o siłę, bym wytrwał, skoro muszę.

Czasami wydaje mi się, że mi tej siły nie wystarczy. Przez to, ale i przez chorobę, depresję, staję czasem na balkonie i patrzę tęsknie w dół. Ale przecież cały czas jestem. To znaczy, że Pan Bóg tę siłę mi daje – dokładnie tyle, ile potrzebuję.

Ale nie przestanę Go prosić. W końcu przecież wysłucha. To będzie szczęśliwy dzień. Chciałbym, by moi bliscy to wiedzieli – że czekam na to, że cieszę się na to, że nie ma powodu, by smucić się i płakać.

Navigate