A gdyby tak wrócić do źródeł?

Pod choinką znalazłem książkę Szymona Hołowni i Marcina Prokopa “Pół na pół – rozmowy nie dla dzieci”. Lubię obu panów, więc od razu zacząłem czytać. Polecam mocno, bo czyta się faktycznie świetnie, ale ja nie o tym chciałem dzisiaj.

Obaj panowie zgodnie w pewnym momencie zdefiniowali siebie jako nastoletnich emerytów, co samo w sobie mi się spodobało. Marcin Prokop stwierdził, że jest wiersz, który idealnie do niego pasuje. Zaczął go recytować, a Szymon Hołownia dołączył i dokończył fragment. To było, przyznam, ładne i urokliwe.

Chodziło o wiersz Czesława Miłosza. Przyznam bez bicia, że twórczość polskiego noblisty była mi zawsze obca. Nie chodzi o to, że mi się nie podobała. Ja jej po prostu nie znałem. Czułem tak mocną, irracjonalną niechęć do niego, że nigdy wcześniej nie przeczytałem ani jednego jego wiersza. Miało to zapewne związek z tym, że wieki temu młody jeszcze Miłosz odbił kobietę mojemu młodemu podówczas Dziadkowi Janowi. Nigdy nie poznałem Dziadka Poety, ale jakoś ta historia we mnie tkwiła jak zadra i sprawiała, że od Miłosza mnie odrzucało. Teraz, zaciekawiony, skorzystałem z wyszukiwarki, odnalazłem wspomniany przez Prokopa i Hołownię wiersz i zachwyciłem się nim od razu.

Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są nienasycone.
Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach,
Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.
Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości.
Nieprawda, robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni.
Nie pożądam tych właśnie stworzeń, pożądam wszystkiego, a one są jak znak ekstatycznego obcowania.Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu.
Jeżeli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj, tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości.
Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, całą niepojętą, niepojętą mnogość widzianych rzeczy.

Czesław Miłosz, Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis

Zachwyciłem się i od razu uznałem, że ten wiersz jest bardzo mój. Pasuje do mnie. To w sumie przyjemne, biorąc pod uwagę, że obaj cenieni i lubiani przeze mnie znani panowie tak się z tym tekstem identyfikują. Jest mój, bo ja, o czym nie tak dawno pisałem, czuję się staro. I ten wiersz jest o starości, ale właśnie takiej mojej. Nigdy nie byłem w Minneapolis, nigdy na żadnym lotnisku nie siedziałem ze szklanką whisky

Jestem zgredem

Pierwsza moja refleksja jest taka, że może młodzi ludzie bardziej lubiliby poezję, gdyby pokazać im ten wiersz, a nie te bardziej znane utwory Miłosza? Może nie od razu doceniliby ponadczasową myśl poety, ale chociaż zobaczyliby, że to nie pomnik, ale żywy człowiek? Może nie doceniliby natychmiast poetyckiego kunsztu, ale dostrzegli słowo “tyłek” i zainteresowali się? Tak samo może polubiliby Mickiewicza, gdyby najpierw poznali jego erotyki, a dopiero potem “Pana Tadeusza”?

Druga refleksja jest zupełnie innej natury. Wiersz Miłosza znalazłem na blogu w popularnej swego czasu platformie Blogspot. Autor owego bloga po prostu zamieszczał tam lubiane czy cenione przez siebie wiersze. Urzekło mnie to nawet, że ktoś czuł potrzebę dzielenia się ze światem tym, jakie wiersze mu się podobają.

Czas przeszły jest tu istotny. Blog ten nie jest aktualizowany od 2016 roku, czyli od trzech lat. Nie znam autora, ale czy należy założyć, że przestał czytać poezję i zachwycać się nią? Wątpię. Po prostu porzucił swój internetowy “projekt”.

U swych początków blogi były internetowymi pamiętnikami. Czasem właśnie takimi przestrzeniami do dzielenia się tym, co dla autora było ważne, co lubił. Z czasem blogosfera zaczęła się profesjonalizować. Ludzie dostrzegli w tym szansę na zarabianie pieniędzy – czasem dzięki wpływom z reklam, innym razem poprzez tworzenie i sprzedaż własnych produktów, wiele blogów powstało po prostu po to, by promować firmy za nimi stojące.

I tak w miarę owego profesjonalizowania się blogosfery zaczęło w niej brakować miejsca dla tych, którzy po prostu chcieli pisać wirtualne pamiętniki albo tworzyć własne wirtualne przestrzenie. Wbrew pozorom  internet wcale nie jest z gumy. Wydawałoby się, że dla każdego starczy miejsca, ale to tak nie działa, bo przecież ktoś, kto zakłada bloga, chce być czytany, a uwaga i czas internautów to coś bardzo deficytowego.

Trochę żal. Widzę te wszystkie wymuskane blogi z poradami, jak wychowywać dzieci (sam prowadzę blog rodzicielski), jak urządzić mieszkanie, jaki telefon kupić, jak zrobić samemu koszyk wiklinowy albo reklamować się tanim kosztem na Facebooku – niezliczone blogi nastawione na zarabianie. A jednocześnie uświadamiam sobie, że sam coraz mniej czytam blogów – nie dlatego, że ich nie lubię, ale po prostu większość blogerów, których czytałem, przestało pisać.

Sam nieraz walczyłem z pokusą zamknięcia tego bloga. Ale pomyślałem sobie, właśnie teraz, że może po prostu trzeba wrócić do źródła? Często rezygnowałem z pisania, bo wydawało mi się, że temat jest nie dość ważki, poważny. A może właśnie warto wrócić do tego, czym blog w założeniu miał być? Czy każdy wpis musi być mini-traktatem filozoficznym albo teologicznym?

Navigate