40 lat minęło jak jeden dzień

To był zwyczajny dzień. Dzień jak co dzień. Nie odrosły mi zęby ani nie wypadły włosy. Nie straciłem wzroku ani słuchu. Chodzę tak samo, jak chodziłem wczoraj, chwytliwość dłoni utrzymuje się na tym samym poziomie. Pamiętam, jak się nazywam i mniej więcej podobnie kojarzę fakty. Nie zmieniły mi się poglądy, nie nawróciłem się nagle. Nie odczułem gwałtownej potrzeby ścięcia włosów i wyglądania poważnie.

Wstałem rano, wziąłem się do pracy. Dziś była trudniejsza, bo co chwilę ktoś odzywał się na Facebooku. Na mojej tablicy nikt poza mną nie może dodawać wpisów, więc znajomi odzywali się, pisząc wiadomości z życzeniami. W mojej sytuacji te oznaki ludzkiej życzliwości są szczególnie cenne. Dziękuję za nie. Z drogi telefonicznej skorzystali tylko najbliżsi. Zgubiłem niedawno telefon, więc większość znajomych nowego numeru jeszcze nie ma.

Zawsze lubiłem swój wiek. Choć równocześnie wprawia mnie on od jakiegoś czasu w pewną konsternację. No, bo przecież to już taki poważny wiek, a ja wciąż taki niepoważny. Włosy długie. Zamiast garnituru noszę bojówki i odjechane t-shirty, gram metal gotycki i nijak jakoś poważnym się nie czuję. Co ciekawe, wcale nie czuję się w tym odosobniony.

W czasach mojej młodości (dziś już spokojnie mogę tak napisać) była dość wyraźna cezura między erą młodzieńczą a dojrzałą. Kończyło się studia, szło do pracy i zamieniało plecak na teczkę, jeansy na garnitur. Pewne zachowania już nie uchodziły. Dziś ta granica się zatarła i, choć pewnie są nadal tacy, których takie zmiany dotyczą, to jednak coraz częściej my, dojrzali wiekiem, ubieramy się jak młodzi i duchem po prostu sami młodzi jesteśmy.

Podobno powinienem odczuwać syndrom wieku średniego. Nie wiem, samochody mnie nie kręcą, więc sportowego auta nie kupię, na harleya mnie nie stać, na młodą kochankę – tym bardziej.

Jutro wstanę i będzie taki dzień jak dziś i wczoraj. I oby tak jak najdłużej. A ci, którzy po cichu lub głośno liczyli, że się złamię, nadal będą musieli czuć się zawiedzeni.

Navigate